Archiwa blogu

Nie taka dżungla straszna, czyli jak to… ja nie dam rady !?!

            Pobudka była bolesna. Nie dość, że koguty piały dziś ze zdwojoną siłą, to jeszcze trzeba było się podnieść bladym świtem. Na domiar złego znów zaczęło padać. Coś nie mamy szczęścia do pogody. Zimno, mglisto i paskudnie. Całe miasteczko jeszcze śpi, a my tłuczemy się do naszej agencji skąd mamy wyruszyć.

            Tajowie mają jakiś dziwny zwyczaj umawiania grup na kosmicznie wczesne pory, aby dać im dwie godziny na zjedzenie śniadania. A więc siedzimy, jemy, pijemy. A moglibyśmy spać. Koguty też już odpuściły trochę. Trzeba przyznać, że perspektywa dotarcia na szczyt i nocy spędzonej w ciszy i spokoju jest bardzo kusząca. Ale nim to nastąpi musimy sobie jeszcze troszkę pomarznąć.

            W końcu pojawia się busik. Co ciekawe cały czas nie znamy jeszcze planu naszej wycieczki. Jedziemy z grupką osób która wybrała się tylko na spływ, a więc przekonani, że i my wycieczkę rozpoczniemy od wiosłowania. Jazda busem trwa długo. Zdecydowanie za długo. Znów serpentyny, górki i dolinki. Błędnik szaleje, ale w tym czasie zaczyna wychodzić słońce. Kiedy wysiadamy pogoda zmienia się nie do poznania. Całe szczęście bo spacer w deszczu nie jest naszą ulubioną rozrywką.

            Na postoju następuje przegrupowanie i tworzy się ostateczna ekipa z którą udamy się w góry. Towarzystwo międzynarodowe. Nasz przewodnik był Birmańczykiem. Do tego była para Nowozelandczyków, dwie Hiszpanki, Niemka, dwóch Belgów, para Brytyjczyków i my.

            Trasa okazała się być bardzo łagodna. Postoje były często i długie. W porównaniu z wycieczką z Chiang Mai był to spacerek po górach. Ale to dobrze. Jakoś nie mieliśmy weny do wielkiego wysiłku. A dzięki temu był czas na pogawędki i robienie dużej ilości zdjęć.

            Pierwszy dłuższy postój mieliśmy w wiosce plemiennej już mniej więcej po dwóch godzinach marszu. O dziwo byliśmy jedynymi którzy postanowili ją pozwiedzać. Dzięki temu zapoznaliśmy się z całym możliwym zwierzyńcem od kur i świnek po mikro szczeniaki, które bardzo dzielnie broniły swego terytorium.

17

            Po kolejnych dwóch godzinach mieliśmy przerwę na obiad. Jeszcze nigdy ryż z marchewka i kurczakiem tak mi nie smakował. A i sceneria była malownicza. Mała altanka pośrodku gór i zero cywilizacji.. no powiedzmy, że zero. Zasięg w telefonach mieliśmy na całej trasie.

20

Szlak nie był zbyt wymagający, ale za to bardzo malowniczy i różnorodny. Od spokojnych płaskich ścieżek w kotlinach gór po wąskie przez sam środek puszczy. Myślę, że nikt się specjalnie nie zmęczył, wrażeń i tak było pod dostatkiem, co nie zmienia faktu, że gdy dotarliśmy na miejsce byliśmy nieco zaskoczeni, że to już.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

            Wioska w której nocowaliśmy, była bez porównania większa i bardziej ucywilizowana, niż ta z wyprawy sprzed roku. Swój pobyt rozpoczęliśmy od wizyty w jednym z dwóch sklepów który tu się mieścił, a co za tym idzie od Changa. Nie wiem co ma w sobie to piwo, że pite tu jest zwykłą lurą a w Tajlandii smakuje niczym ambrozja… Ale wróćmy na ziemię i do zakupów. Zaopatrujemy się w rzeczy pierwszej potrzeby i sklepik zostaje zamknięty. Obiecują nam wizytę w drugim więc nikt się nie martwi, że nie ma zapasów.

24

            Po krótkiej regeneracji sił przychodzi czas na „prysznic”. Tym razem o osobnych kabinkach nie ma co marzyć. A więc w ramach integracji w strojach kąpielowych kto miał, kto nie to w bieliźnie przychodzi nam się pod gołym niebem grupowo myć. Ale jeśli grupa nie była jeszcze dostatecznie zintegrowana to był to ten moment kiedy z każdym wiadrem wody które się lało wszelkie lody pękały.

23

            Teraz byłaby idealna pora na kolację, na tą jednak trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Ponieważ nasz domek nie jest jeszcze przygotowany przenosimy się do sklepu. Usadziwszy się w wielkim kole na ganku wcinamy ciastka, popijamy piwem i dobrze się bawimy. Ludność tubylcza zaczyna w międzyczasie wracać do wioski więc możemy przy okazji troszkę ich po podglądać. Choć mam wrażenie, że jesteśmy dla nich nie mniejszą ciekawostką. Przy okazji poznajemy podstawy Tajskich promocji. 1 sztuka 30 batów, 3 sztuki 100… jak im to wyszło? Nie wiemy. Ale ubaw mamy z tego do później nocy.

25

            Kiedy lekko szumi nam już w głowach nasz przewodnik zabiera nas na lekcję gotowania. Dziś tajskie żółte curry. My co prawda jesteśmy fanami zielonego, ale może nie każdy lubi tak ostre dania więc trzeba się podporządkować. Proces przygotowywania posiłku w drewnianej chacie na podłodze i pitraszenie tego później na palenisku. Mmmm… Wspaniałe uczucie. 15 osób wokół ognia przygotowuje wspólny posiłek.

27

            Wieczór spędziliśmy najbardziej tradycyjnie jak się da czyli jedząc, pijać, lulki paląc. O ile tajskie jedzenie jest obłędne o tyle tajska whisky i cygara nie zapadły mi w pamięć. A może za dużo było tej pierwszej ;P Ważne, że wszyscy się dobrze bawią. Handel kwitnie, gitara gra, ogień się pali.

            W końcu postanawiamy iść spać. Mamy super plan zająć dwa posłania znajdujące się w oddzielnym pomieszczeniu. Chcemy się w końcu wyspać. Ale zaraz, zaraz… Domki są na palach, ptactwo biega swobodnie… To co działo się w miasteczku to było nic przy koncercie jaki nas tu spotkał. Chyba nawet świnie tu piały. Dobrze, że ta whisky była taka mocna 😉

SAMSUNG CAMERA PICTURES

            Nie tylko my się nie wyspaliśmy. Nie wiemy ile czasu potrzeba na przyzwyczajenie się do kogutów, ale cieszymy się, że nie będziemy musieli się przekonywać. Ogólnie nam tu dobrze, ale brak snu zaczyna być coraz bardziej dokuczliwy. Ledwo zwlekamy się na śniadanie i nawet kawa nie pomaga. I nikt nie wie czy to przez koguty czy dobrą zabawę wszyscy dziś ledwo żyją. A może przez jedno i drugie?

29

Po śniadaniu czas na toaletę, potem szybko zbieramy swoje klamoty i udajemy się pod sklep nr 1. Siedzimy i czekamy. I Czekamy jeszcze troszeczkę. Wspominaliśmy, że od godziny już czekamy? Po ki czort wyciągali nas z łóżek skoro i tak nigdzie się nie ruszamy. W końcu zjawia się nasz mister szef i pakuje na ciężarówkę. Po kolejnym przegrupowaniu i dotarciu nad rzekę dowiadujemy się co było przyczyną naszego porannego nieróbstwa. Awaria.

28

Ale gdyby chodziło tylko o awarię samochodu pewnie nie zrobiłoby to na nas większego wrażenia. Ale to był samochód z pompą. A jak już pisaliśmy spływ miał być na pontonach. A co trzeba zrobić z pontonem żeby nie utonął? Brawo! Zgadliście! A więc zabraliśmy się za pompowanie. Ręczne! Trzech wielkich pontonów. Już po jednym zastanawialiśmy się skąd weźmiemy siłę na wiosłowanie, ale byliśmy dzielni i zdeterminowani. W połowie drugiego morale w grupie troszkę osłabły. I tak oto nadeszła odsiecz. Ze strony której za nic byśmy się nie spodziewali, czyli od skłóconej z naszym szefem konkurencji. Trzeba przyznać, ze zachowali się z klasą.

            To co nam zajęło godzinę pompy zrobiły w pięć minut i już po chwili byliśmy gotowi do szkolenia. Oczywiście szkolenie na sucho nic nie dało. A może wynikało to z faktu, że pani Włoszka była bardzo odporna na wiedzę i super się bawiła majtając wiosłem na prawo i lewo w sobie tylko znanym rytmie, ale już po 15 minutach chyba wszyscy łącznie z jej mężem mieli ochotę wywalić ją za burtę. Na szczęście spływ nie wymagał szczególnych umiejętności. Wystarczyły te które miał sternik. Troszkę tylko szkoda, że przez pierwsze trzy godziny woda była niemal stojąca i trzeba było się tak namachać wiosłem, że kiedy w końcu zaczęło się coś dziać wszyscy byli już mocno zmęczeni.

31

            Kiedy woda zaczęła się spieniać sternicy robili co mogli by dostarczyć nam maksimum atrakcji. Ja byłam jedyną osobą której nie udało się wylecieć z pontonu. Widać jak się chce to można. A woda to zdecydowanie nie mój żywioł. Całościowo jednak trzeba zaliczyć ten spływ do udanych. Z pewnością w porze deszczowej można liczyć to na dużo szybsze tempo. Dla mnie mogłoby być już troszkę za duże.

            Około godziny 17 nasz spływ się końcu. Dobijamy do brzegu, zabieramy rzeczy, zakładamy suche ciuszki i ruszamy do miasta. Trzy godziny serpentynami. Tym razem po ciemku więc jedziemy chyba 20km/h. Następnym razem trzy razy wszystko sprawdzę nim pojadę w góry.

            Busik nie dowozi nas do agencji tylko wysadza gdzieś w miasteczku. W miasteczku które ma niby 4 ulice a my nie bardzo wiemy gdzie jesteśmy. Oczywiście dojście do hostelu zajmuje nam jakieś 10 minut wolnym krokiem ale najbardziej zadziwiające jest dla nas to, że w tym w Pai jest jeszcze jakieś miejsce w którym nie byliśmy. Plan na wieczór jest więc prosty. Trzeba sprawdzić czy takich ukrytych uliczek nie ma tu więcej. Nie było.

Reklamy
%d blogerów lubi to: