Archiwa blogu

Dzień 7 – Sukhothai

Kolejny ciężki poranek.  Choć jak przypomnę sobie pierwszy po przylocie to można powiedzieć, że czuję się fantastycznie. Pospać zbyt długo nie możemy, bo tym razem nie odpuścimy zwiedzania. Oddajemy bagaże na przechowanie, robimy rozeznanie gdzie mamy się udać i.. oczywiście zaczynamy od śniadania. W okolicach naszego hostelu było kilka sympatycznych tanich knajpek, więc nie szukamy daleko. Pełni sił ruszamy na przystanek autobusowy.

tajlandia 506Transport odbywa się tam furgonetkami. Dość dużymi w porównaniu do tuk tuków. Nam nie robiło to różnicy ponieważ i tak byliśmy jedynymi pasażerami. Droga minęło nam szybko i tanio.

Zanim dojechaliśmy postanowiliśmy że tym razem zwiedzać będziemy na rowerach. Ponieważ w Ayuthayi wszyscy polecali zwiedzanie na rowerach, a nie widziałam ani jednej wypożyczalni to spodziewałam się, że tu będzie podobnie i przyjdzie nam trochę poszukać, ale gdy tylko zatrzymaliśmy się na miejscu wszelkie obawy się rozwiały.

Trochę krążyliśmy, bo szukaliśmy roweru z koszykiem. OLYMPUS DIGITAL CAMERAOkazało się to niemożliwe, ale nie byliśmy chyba jedynymi turystami którzy chętnie wpakowaliby swoje bagaże do koszyka zamiast obwieszać się nimi, bo na proste pytanie od razu dostajemy karteczkę: koszyków nie ma bo turyści są gapami i zostawiają w nich swoje rzeczy podczas zwiedzania i w ramach ograniczania kradzieży nakazano ich demontaż. Może nie brzmiało to tak dokładnie, ale taki był wydźwięk.  Cóż nie zostaje nam nic jak zaakceptować stan rzeczy. Wybieramy sobie po rowerku, płacimy i ruszamy. Nie była to duża inwestycja ale i sprzęt był podstawowy, choć  bardzo wygodny.

Ruszmy do kasy. Chcemy kupić bilety na wszystkie zabytki na raz. Znów okazuje się ze są jakieś przepisy, które na o nie pozwalają. Tego już nie rozumiemy, ale przecież nie zmienimy rzeczywistości. Kupujemy wiec bilet do parku historycznego wraz z biletami na rower (tak tak za wjazd rowerem trzeba dopłacić) i ruszamy. Kurcze, jak ja dawno nie jeździłam na rowerze. I ten aparat który ciągnie mnie na lewą stronę. No nic, dość narzekania.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAŚwiątynie okazały się być ciekawsze niż w Ayuthayi. Większe, mniej zniszczone, bliżej siebie i jeszcze te rowery. Ach jaki to był piękny dzień. Na temat świątyń rozwodzić się nie będę, nie próbuję zastąpić przewodnika, ale z pewnością wszystkie znajdujące się na terenie parku historycznego warte są uwagi.  Dodatkowo teren jest tak rozległy, że absolutnie nie odczuwa się tłoku.

Jedyny minus naszego  zwiedzania to wszechobecne rusztowania. Na czas naszego pobytu w Tajlandii przypadł festiwal Loy Krathon. Obchodzony jest on w pierwszą listopadową pełnię księżyca. Według wszelkich przewodników trwa trzy dni. W rzeczywistości łącznie z przygotowaniami jego przejawy są widoczne przez około tydzień. Jednym z miejsc gdzie jest najhuczniej obchodzony jest właśnie Sukothai. Nam co prawda nie było dane spędzić tych dni na miejscu, ale całe miasto było już przystrojone na te okoliczność, a w parku historycznym wieczorami odbywały się widowiskowe próby.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Samo święto ma na celu odganianie złych duchów i spełnianie życzeń. W różnych regionach różnie jest obchodzone. W Sukothai polega ono na puszczaniu na rzece łódek, które mają symbolizować odpłynięcie złych duchów. Myślę, że spokojnie można porównać tę tradycje do naszych wianków. Jednocześnie w parku historycznym co roku organizowane są z tej okazji pokazy „światło i dźwięk”.

Na terenie parku historycznego znajduje się mały bazarek. Kilka straganów na których można zjeść miejscowe pyszności. Ja zamawiam sobie sukothayskiego tom yuma (ponoć Sukothai jest miejscem gdzie smakuje najlepiej i coś w tym jest). Grzesiek je jakieś mięsko które było równie pyszne. Znów obiad kosztuje nas 15 złotych.

Najedzeni możemy ruszać dalej. Według mapy zostały nam dwie większe świątynie do odwiedzenia. Nie znajdują się już one na terenie kompleksu wiec obieramy azymut i ruszamy. Tajowie, którzy mistrzami w czytaniu map nie są, nie są również mistrzami w ich tworzeniu. Jedyny plus tego jest taki, że udaje nam się zwiedzić cała okolicę. W końcu postanawiamy kierować się znakami drogowymi, a nie mapą.

Docieramy do ogromnego posągu Buddy. 15 metrowa figura robi wrażenie, jednak nic poza nią w kompleksie się nie znajduje. Pozostaje nam jeszcze jedna, do której przedzieramy się nielegalnie po kładce na tyłach. Największą atrakcją tej świątyni były pasące się na jej terenie krowy. Ale przynajmniej się troszkę poruszaliśmy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAZbliża się godzina 17. O tej porze zamykają park, a co za tym idzie zmniejszy się ilość kursujących busów. Mielibyśmy ochotę zostać i obejrzeć próby do Loy Krathonu, ale ponieważ nie uzyskujemy żadnej informacji na temat możliwości powrotu po 17 postanawiamy nie ryzykować.

W planie na wieczór mamy masaż stóp. W końcu należy nam się coś za dzisiejsze pedałowanie. I tu pojawia się problem techniczny. Z pokoju jesteśmy wykwaterowani, a nogi mamy zakurzone jak święta ziemia. Idziemy na Chianga. To piwo inspiruje. Siedzimy w knajpce, cykamy zdjęcia, kontemplujemy wieczność. Postanawiamy zrobić sobie małą gimnastykę nad umywalką. To okazuje się być zbędne, gdyż przy niemal każdej toalecie w Tajlandii montowane są małe prysznice. Eureka. Możemy iść się masować.

Salon masażu mamy już sprawdzony. I tym razem trzeba ściągnąć dodatkowe posiłki do masowania. Ruch jest większy niż wczoraj, ale i tak po kilku minutach jesteśmy już obsługiwani. Masaż stóp nie ogranicza się jednak do samych stóp. Obejmuje całe zbolałe i spięte nogi (nawet nie byliśmy świadomi, że tak nam się spięły mięśnie), ale również kark i głowę.

Wymasowani i zadowoleni wracamy do hostelu. Musimy załatwić sobie transport na dworzec. Hostel oferuje transport, ale tylko do 22. Cóż jesteśmy już wprawieni w czekaniu na dworcach. Bierzemy wiec bagaże , płacimy za transport siadamy przy Chiangu.

Na dworzec niestety jest blisko. Tym razem problem jest większy, gdyż w jego bezpośrednim sąsiedztwie nie ma żadnej knajpki. Ciągnąc się przez kamienie, dźwigając walizkę, która waży dwie tony, jakoś dostajemy się do sklepiku. Przed sklepem jest stolik. Kolejny Chiang. Chyba dopiero teraz jak to piszę uświadomiłam sobie ile my tam piliśmy tego piwa. OLYMPUS DIGITAL CAMERADo odjazdu zostało nam jeszcze 5 godzin. W końcu zaczęliśmy robić się głodni. Mój Bohater ruszył na łowy. Wrócił z pojemniczkiem pełnym pysznego pad thaia. Co jest, że najbardziej smakuje mi to ich niby najpodlejsze jedzenie. Nie wiem jak mój Bohater to zrobił ale specjalnie dla niego pani rozkładała stoisko, bo gdy ją dopadł była już prawie w drodze do domu. I to wszystko za 30 batów.

Idziemy na dworzec.  W końcu ile można pić piwa. Rety jak tu nudno. Dobrze, ze chociaż są jaszczurki z którymi można się pobawić. Ale nawet one po godzinie przestają być atrakcją. Na szczęście tym razem mieliśmy jeszcze dodatkowo jakieś 6-8 myszek. Ciężko policzyć bo troszkę się kręciły. Mieszkały sobie w kasach biletowych. Myślę, że bileterki już do nich przywykły, bo gdy spytaliśmy jedną z nich o nie to tylko się uśmiechnęła. Cała Tajlandia się uśmiecha.

Koło północy pojawia się towarzystwo. Parka turystów z Holandii. Planują się zabrać tym samym autobusem co my. Tylko mają mniej szczęścia gdyż wszystkie bilety są już wyprzedane. W końcu pani się nad nimi lituje i proponuje im jazdę na stojąco. W oczach tej dziewczyny widziałam załamanie. Ale co mają zrobić? Gdy około 2.30 zjawia się autobus stewardesa (tak tak to nie pomyłka, na pokładach autobusów w Tajlandii mamy obsługę) jest mocno zdziwiona faktem posiadania dwóch dodatkowych pasażerów. Mimo to bileterka jakoś ją urabia i mogą jechać z nami.

My zajmujemy swoje miejsca, owijamy się kocami i próbujemy spać. Tym razem nauczeni doświadczeniem ubieramy się na podróż nieco cieplej. Ale to jest w dalszym ciągu nieco za mało. Klimatyzacja bucha jak szalona. Temperatura bliższa jest zeru niż 15 stopniom. Rety jak Tajowie kochają klimatyzację. Dla naszych nadprogramowych turystów nie ma nawet koca do okrycia. Cóż, widać czasem dobrze mieć wiecznie spanikowaną kobietę u boku.

Reklamy

Dzień 6 – Phitsanulok

W końcu nadjechał nasz pociąg. Nie pamiętam, która mogła być wtedy dokładnie godzina, ale pewnością bliżej było do 2 niż do północy. Miejsca w pociągu są numerowane, więc szybko odnajdujemy nasz wagon, miejsca, siadamy i próbujemy zasnąć. Nad naszymi głowami wesoło szumi wielki wentylator.

Siedzenia dały się nawet o jakieś 3 centymetry rozłożyć, co oczywiście nie zmieniło wiele w poziomie komfortu podróży, ale było i tak już sporym zaskoczeniem. Kolejnym była wydolność tej wirującej maszyny przy suficie. Rety jak musi być w przedziale z klimatyzacją skoro jeden wiatrak daje tyle chłodu. Okropnie wymarzłam. Na szczęście tylko 4 godziny podróży przed nami. Gorzej, że z tego zimna nie jestem w stanie zasnąć.

Bierzemy rozkład do ręki i wyliczamy godzinę, na którą mamy dotrzeć na miejsce. A co jeśli pociąg nadrobi zaległości? No trudno nie będziemy ryzykować. Ustawiamy budzik na planowaną godzinę przyjazdu do Phitsanulok. Z 2 godzin, które zostały do pobudki udaje mi się przespać jedną i to z przerwami.

tajlandia 416W końcu budzik dzwoni, a ja dalej nie wiem gdzie jesteśmy i ile drogi jeszcze przed nami. Cóż teraz trzeba być czujnym. Jedna stacja, kolejna. W końcu podchodzi do nas konduktor i informuje, że na następnej wysiadamy. I tu kolejne zaskoczenie. Na polskiej kolei można się z czymś takim spotkać jedynie w kuszetkach, a tu w najtańszej klasie porządku pilnuje konduktor z listą kto, z którego miejsca, gdzie wysiada i budzi. Wspaniałe rozwiązanie. Szkoda, że nie wiedzieliśmy o nim wcześniej.

Kiedy świtało dojechaliśmy do Phitsanulok. Już z okien pociągu wypatrzyliśmy pierwszy punkt który odwiedzimy. Poranny targ. Wysiadamy, przecieramy oczka i udajemy się na spacer. Wchodzimy do dużej hali… i znów mam ochotę umrzeć. Czy to się nigdy nie skończy? Moje samopoczucie połączone z zapachem mięsa i kto wie czego jeszcze to mieszanka wybuchowa.

tajlandia 412Robimy masę zdjęć i postanawiamy coś zjeść. Kupujemy kiść małych bananów. Bardzo słodkich i smacznych, sprzedawanych na kiście. Są w tak dużych kiściach, że jedliśmy je jeszcze przez najbliższe kilka dni. Jemy i zwiedzamy okolicę. W sumie zbyt wiele się tam nie dzieje, ale nie mamy pieniędzy i musimy czekać na otwarcie któregokolwiek miejscowego banku. Jest rano, wszystko jeszcze zamknięte. Ludzie śpieszą się do pracy, ale poza targiem w mieście jest dosyć pusto.

Postanawiamy napić się kawy. Nie widzimy żadnej kafejki, ale w końcu orientujemy się, że na stacji widać kilka stolików. Postanawiamy spróbować. Dostajemy kawę i wodę. Woda miała taki kolor, że nawet nie mieliśmy odwagi jej spróbować, ale kawa była smaczna. Wybija ósma. Nagle słychać muzykę, a wszyscy stają. Pan który chwile temu zamiatał odkłada miotełkę, pani sprzątająca stoliki przystaje, sklepikarz także i podróżni też. Po chwili orientujemy się, iż grany jest hymn Tajlandii. Nie bardzo wiemy jak się w tej sytuacji odnaleźć. Postanawiamy milczeć i się nie ruszać.

tajlandia 411Po porannej kawie chcemy jechać dalej, ale okazuje się, że nie mamy już pieniędzy. Trzeba wymienić dolary, a tymczasem nie możemy znaleźć kantoru. Odnajdujemy bank, ale otwarty będzie dopiero za dwie godziny. My tymczasem znamy już okolicę na pamięć. Troszkę kręcimy się w kółko. Po raz siódmy zachodzimy na targ. W końcu wybija 10.30 i pędzimy wymienić pieniądze. Placówka bardzo przyjemna, oczywiście klimatyzowana. Sama wymiana odbywa się bardzo sprawnie. Xero paszportu, podpis jeden i drugi, aktualny kurs wymiany i już baty lądują w mojej dłoni.

Z batami w kieszeni możemy udać się w dalszą podróż. Zaczynamy ją od dostania się z dworca kolejowego na autobusowy. Oczywiście tuk tukiem. Miłym zaskoczeniem jest cennik, który znajduje się przed wejściem na stację. Ładujemy bagaże, siebie i ruszamy. Kierowca jedzie dość żywiołowo, ale trzeba się przyzwyczaić do tego, iż każda podróż niesie za sobą odrobinę ryzyka. Chwilę później jesteśmy już na dworcu, płacimy kierowcy i idziemy szukać autobusu do Sukhothai.

Tajlandia to idealne miejsce dla turystów podróżujących na własną rękę. Nie przeszliśmy 5 metrów, a już słyszymy: Chiang Mai? Sukothai? No tak, gdzie indziej mógłby jechać „białas” z dworca w Phitsanulok. Sama miejscowość na opinie stacji przesiadkowej.

Mówimy gdzie jedziemy, pani wskazuje nam okienko, gdzie możemy kupić bilety. Odniosłam wrażenie, że w Tajlandii nie występuje coś takiego jak państwowy przewoźnik. Jest wiele firm przewozowych i każda z nich sprzedaje bilety w swojej kasie. Dodatkowo różne kierunki sprzedaje się w różnych kasach. Na szczęście zawsze jakaś sympatyczna pani lub przemiły pan nam pomoże. Zajmujemy miejsce w autobusie. Klasa myślę, że porównywalna z naszymi pekaesami. Czeka nas 40 minut jazdy. Rzeczywiście wyjeżdżamy i dojeżdżamy o czasie. Jaka miła odskocznia po podróżach pociągami.

Po tym jak zabrakło dla nas miejsc leżących w pociągu, z biletami do Chiang Mai  postanawiamy nie czekać na ostatnią chwilę. Znów kilka firm i różne godziny odjazdów autobusów. My decydujemy się na VIP busa. Ponieważ podróż nie będzie trwała długo, zależy nam na odjeździe jak najpóźniej by nie dotrzeć na miejsce w środku nocy. Jedyna taką opcją był autobus odjeżdżający z Sukhothai o 2:30. Znajdujemy kasę i pierwszy raz mamy problem z dogadaniem szczegółów. Problem numer jeden: którego dnia jest wyjazd (jakoś wyjazdy w nocy ciężko określić co do daty),  problem numer dwa: o której godzinie (inna informacja jest na tablicy, inna w kasie jeszcze inna, na bilecie, a w ogóle to Pani kazała nam być godzinę przed odjazdem). Ale najważniejsze, że mamy bilety, teraz czas troszkę się przespać. Znów rozpoczynamy szukanie tuk tuka. Jeszcze chwila i będziemy u celu. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że będą to najmilej wspominane przeze mnie dni w Tajlandii.

Do hostelu dojechaliśmy koło południa. Byliśmy wykończeni, a zakwaterowanie mieliśmy mieć dopiero o 14. Ale ku naszemu zaskoczeniu pozwolono nam wnieść bagaże do pokoju i poinformowano, że pokój właśnie jest sprzątany, ale za kilka minut będziemy się mogli rozgościć. Ale jesteśmy zadowoleni. Rozglądamy się po terenie hostelu i postanawiamy wykorzystać ten czas jak najbardziej produktywnie, czyli zamawiamy sobie Chianga.

Nie zdążamy go dopić, a nasz pokój jest już wolny. Kończymy  piwo, pędzimy się umyć i zdrzemnąć. Jesteśmy bardzo miło zaskoczeni. Za nieco ponad 30 zł mamy bardzo sympatyczny pokój z dużym, całkiem wygodnym łóżkiem, małą, standardową jak na tajskie warunki łazienką, telewizorem. Po raz kolejny nie mamy balkonu. To dość dziwne, bo było to jedno z głównych kryteriów wyboru pokojów. Ale to akurat nie problem, bo wspólny taras ze stolikami jest bardzo przyjemny. A i  Chianga można kupić za rozsądne pieniądze.

Krótka drzemka i jesteśmy gotowi do zwiedzania świata… no prawie. Dziś postanawiamy poleniuchować. Po nocnej podróży i kilkudziesięciu kilometrach, które zrobiliśmy w Ayuthayi nie mamy siły. Z resztą park historyczny jest oddalony o kilka kilometrów do miasta, południe już minęło, a nie chcemy zwiedzać na szybko. W końcu mamy jutro cały dzień.

tajlandia 570Nasz hostel znajduje się w samym centrum, więc tym razem nigdzie nie musimy dochodzić. Spacerujemy po okolicy, aż zmorzy nas głód. Siadamy w pierwszej napotkanej knajpce zamawiamy dwa makarony i oczywiście piwo. Było naprawdę pyszne… i tanie. Za dwie porcje makaronu i dużego Chianga płacimy 120 batów. I jeszcze dostaliśmy wodę w gratisie. Ceny w Tajlandii są znacząco niższe niż w Polsce, jednak im bardziej jedziemy na północ  tym bardziej spadają. Jeśli dojedziemy do Bangkoku i ceny nam odpowiadają to możemy mieć pewność, że z każdym kilometrem na północ będą one jeszcze niższe. Dla nas te 120 batów było takim szokiem, że nie wiedzieliśmy, czy to nie jest stawka za osobę. Ale pani grzecznie podziękowała za pierwsze 120, pożegnała się i nie biegła za nami przez miasto więc wygląda na to, że wszystko było w porządku.

Ponieważ, gdy wstawaliśmy z łóżka postanowiliśmy, że ten dzień poświęcimy na odpoczynek, relaks i rozrywki kolejnym punktem naszego dnia będzie masaż. Nie tajski, gdyż mój kręgosłup mi na takie wygibasy nie pozwala, ale opcji innych wszelakich nie brakowało. A i Grzesiek dał się namówić. Obeszliśmy wszystkie salony w okolicy, a nie brakuje ich i wybraliśmy ten z najkorzystniejszą ceną. 300 batów za masaż klasyczny. Za 400 batów można by go zrobić bez większego szukania. Sporym zaskoczeniem był fakt, iż nasze masażystki zostały wydzwonione. W punktach pracują zazwyczaj dwie osoby, jednak one obsługują klientów bieżących. Ponieważ ten rodzaj masażu wymagał tego, abyśmy udali się do osobnego pomieszczenia jedna z masażystek dojeżdżała. Tak było za każdym razem. Zastanawiam się ilu jest takich masażystów na telefon, którzy przyjeżdżają do konkretnego punktu gdy akurat są tam potrzebni.

Masaż był wspaniały. Na nasze zbolałe ciała i nogi nie wymyślilibyśmy nic lepszego. Czułam, że jestem w profesjonalnych rękach. I tak ponad godzinę. po trudach całodniowego lotu, kilku dniach ciągłego maszerowania i nocy spędzonej na siedząco w pociągu nagle zdjęto mi z pleców 20 kilo. Było bosko.

tajlandia 425Wieczór spędziliśmy na nocnym targu. Nie wiem nawet za bardzo jak na niego trafiliśmy, ale trafiliśmy. Oczywiście jak targ to i jedzenie. Próbowaliśmy jakiś dziwnych ciasteczek robionych z białek z nadzieniem, zjedliśmy krewetki z orzeszkami, ale za mną wciąż chodziło coś czego nie umiałam nazwać. Po dziś dzień z resztą nie wiem jak brzmi oficjalna pełna nazwa najpyszniejszej (oczywiście w moim mniemaniu) tajskiej potrawy. Cóż wyjdzie teraz na jaw, że mój gust nie jest zbyt wysublimowany, ale uzależniłam się od tajskiego rosołu. Ale zanim to nastąpiło to trzeba go było zakupić. Wszyscy lokalesi to jedli, a nigdzie nie było tego w żadnej karcie. W końcu po wielkiej awanturze mój Bohater postanowił zostać Supermenem i w jakiś niewyjaśniony dla mnie sposób postawił mi ową zupkę na stole. Okazuje się, że zamówienie jej nie jest skomplikowane. Wystarczy podejść do pierwszego lepszego straganu gdzie mają kocioł (jak maja OLYMPUS DIGITAL CAMERAkocioł to i zupę), poprosić Tom Yuma (po tajsku zupę) with chicken albo z czym tam się chce.. i gotowe. Kiedy jednak już się te pyszności dostanie to trzeba to teraz zjeść.

I znów pojawił się problem. Dostałam łyżkę i pałeczki. Łyżką nauczyłam się posługiwać wiele lat temu, pałeczkami niekoniecznie… Ale śniła mi się ta zupa po nocach, a że do klęski nie lubię się przyznawać, przechodzę błyskawiczny kurs jedzenia pałeczkami. Choć nie potrafię ich chwycić jak należy, udaje mi się zjeść tę zupę nie rozrzucając makaronu na odległość 3 metrów. Odnoszę kolejny sukces.

Przed snem tradycyjnie czas na drineczka. Tym razem musieliśmy wykazać się szczególną kreatywnością. Ostatni kubek posłużył nam za sztućce w Ayuthayi wiec nie mamy w czym pić. Ale.. W ciągu dnia zdobyliśmy nóż. Nie jest to taka prosta sprawa zdobyć nóż, zwłaszcza jak się człek porusza tylko po turystycznych okolicach. Ale nam się udało. To był bardzo ważny punkt wyjazdu, gdyż panicznie baliśmy się kupować obrane owoce, a posiadanie noża diametralnie wpłynęło na produkty przez nas spożywane. A co ma nóż wspólnego z piciem drinków? Otóż można nim uciachać pół butelki. Mieliśmy jeszcze dwie słomki wiec z wielkiego, półlitrowego rodzinnego kubka wysączyliśmy drinka na dobry sen. Czuję, że po powrocie będę się leczyć z alkoholizmu. Dobranoc.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

%d blogerów lubi to: