Archiwa blogu

Dzień 20 i 21 – żagnaj Phutek, witaj Bangkok

Ostatni poranek na Kata Beach powitał nas słońcem. Oj smutno dziś będzie. Do 12 musimy opuścić nasz pokój ale zbieramy się szybciej. Myju, myju, zabieramy walizki i znosimy je na dół do recepcji. Odwiedzamy jeszcze naszą wspaniała Tajkę, która to oczywiście poza załatwieniem nam wszystkich wyjazdów pośredniczyła w zakupie biletów na Vip Busa do Bangkoku. Jej mąż będzie nam dziś robił za taksówkarza.

Okazuje się bowiem, że na Phuket łatwiej się dostać, niż z niego wyjechać. Oczywiście mieliśmy możliwość zakupu biletów lotniczych (również u naszej sympatycznej Tajki), ale po przeliczeniach i wyliczeniach postanowiliśmy jednak wybrać transport nocą autobusem. W pierwszej wersji chcieliśmy bilety zakupić samodzielnie co pozwoliłoby nam uniknąć marży jaka została nam doliczona, ale ponieważ szkoda nam było czasu na jazdę autobusami, a taksówki są na wyspie makabrycznie drogie to po przeliczeniach i kalkulacjach okazało się ze jednak lepiej nam wyjdzie zlecić to komuś zaufanemu. Podobnie sprawa się miała z dostępnością minibusów. O ile na lotnisku było ich pełno i bez problemu można było dojechać gdzie się chciało, o tyle w drugą stronę jakoś nie działało to tak łatwo. Z reszta za dwa bilety zapłacilibyśmy w okolicach 300 thb a za transport autkiem o godzinie która nam pasuje zapłaciliśmy 400.

Ale wracając do naszej Tajki. Poza tym, że organizowała wycieczki, to również miała pokoje do wynajęcia, pralnię, handlowała na imprezach okolicznościowych, a w dniu naszego wyjazdu otworzyła własną knajpkę. Przetestowaliśmy. Nie powaliła nas na kolana, ale była całkiem przyzwoita. To się nazywa przedsiębiorczość.

Załatwiliśmy formalności, umówiliśmy się na 16. Mamy więc jeszcze kilka godzin na plażowanie. OLYMPUS DIGITAL CAMERAEch, jak ja nie lubię gdy coś się kończy. Z jednej strony cieszyłam się że jedziemy do Bangkoku, bo absolutnie czuję się kupiona przez to miasto i jego klimat, ale z drugiej strony wiedzieliśmy, że to już bliżej niż dalej do naszego wyjazdu. Zarezerwowaliśmy jeszcze ostatni nocleg (postanowiliśmy się z tym wstrzymać w Polsce żeby mieć ogląd skąd najłatwiej nam się będzie dostać na lotnisko, ale jako, że nie miało to większego znaczenia to wróciliśmy na Khao San) i mogliśmy truptać na plażę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOstatnie promienie słońca i ostatnie kąpiele. Nie lubię kiedy coś jest ostatnie. No nic dziś postaram się już nie płakać. To co pociesza to te kilka tysięcy zdjęć i masa wrażeń jakie mamy do opowiedzenia znajomym. Jeszcze obchód po 7/11 w poszukiwaniu tajskich słodkości i możemy iść na obiad. Jak już wspomniałam testowaliśmy knajpę naszej mentorki.

Mieliśmy nadzieję na kąpiel w basenie jednak okazało się, że już nie jesteśmy gośćmi hotelu. Cóż, nasza nowa znajoma i na to znalazła radę i zaprosiła nas do swojej łazienki, gdzie mogliśmy jeszcze szybki prysznic wziąć. Wspaniale. Tyle godzin z piaskiem wszędzie byłoby mało przyjemne. Umyci i pachnący żegnamy się gorąco i wsiadamy do samochodu. Kolejny godzinny kurs przez wyspę. Ostatni.

Na dworzec docieramy chwilę przed czasem. Nie mamy go tak dużo jak zwykle na dworcach, ale dość by zaopatrzyć się w jakieś picie i coś do pochrupania. Nie szalejemy z jedzeniem bo mamy mieć kolację w cenie biletu. Wyciągamy wszystkie ciepłe rzeczy, tym razem to już łącznie z zimowymi kurtkami (jednak jakiegoś doświadczenia nabraliśmy podczas tej podróży) i zajmujemy swoje miejsca.

Autobus jest wyjątkowo komfortowy. Z jednej jego strony znajdują się podwójne miejsca z drugiej pojedyncze. Siedzenia są szersze i większe niż w poprzednim autobusie. Rozsiadamy się wygodnie, Po rozsunięciu podnóżków mamy po mikro łóżku. Troszkę się trzeba przykurczyć do spania, ale w Polsce takich warunków nie zaoferuje nam żaden przewoźnik. Steward rozdaje nam jedzonko, jakieś ciastka i napoje. Ruszamy w drogę.

Początkowo temperatura w autobusie była znośna jednak stopniowo w czasie jazdy malała, a wraz z jej spadkiem zakładaliśmy na siebie kolejne części garderoby (na przeszłość wezmę jeszcze jakieś grube skarpety ze sobą.. brrr). Jest już ciemna noc, robimy się głodni, a po naszej kolacji ani widu ani słychu. Postanawiamy wiec już spać.

Budzimy się przy zjeździe na parking przed wielkim targowichem. Kierowca wskazuje drogę na stołówkę. Rety jak tu pusto. Na stołach stoją pojemniki, a w nich dokoła jakieś warzywa i czort wie co jeszcze. Siadamy przy wolnym stoliku, ale Pani woła nas do innego. Ok, już wiemy to taka 8 osobowa porcja. Razem z nami jest dwoje młodych Skandynawów plus czwórka miejscowych. Kelnerka podnosi wieko a tam… ni to kleik ni to ryż ni to nie wiadomo co to. Błagam żeby mi tego nie nakładała. Ona nie rozumie. Fuj. Odchodzi mi ochota na jedzenie czegokolwiek. Staramy się chociaż udawać, ze to jest dobre. Nasi współtowarzysze niedoli poddają się pierwsi. Korzystamy z okazji i uciekamy razem z nimi. Na szczęście przed wejściem sprzedają naleśniki z bananami. Po krótkim rozejrzeniu się widzimy, że moglibyśmy tu zjeść wszystko, czego zapragnęłaby dusza. My jednak straciliśmy czas na jakiś paskudny posiłek. Nie dziwią już nas pustki w tym miejscu. Człowiek się uczy na błędach. Zjadamy naleśnika i wsiadamy do autobusu. Za około 5 godzin powinniśmy być w Bangkoku.

Reklamy

Dzień 19 – urodziny Króla

tajlandia 1628

5 grudnia, środa, urodziny króla. Z tej okazji zorganizowano regaty, na które już od kilku dni spływały się żaglówki. Piękny widok. To oczywiście nie był koniec atrakcji.

Z pozoru na plaży dzień jak co dzień. Słońce woda, piasek. Ale na promenadzie zaczynają rozkładać się stragany. Umieramy z ciekawości co nas czeka. Miało nas już nic nowego nie spotkać, ale może jednak. Tajlandia lubi zaskakiwać.

Po opalaniu jak zwykle jedzono, jak zwykle w tej samej knajpce. Z niespodzianek pierwszy raz dostałam coś, czego nie byłam w stanie zjeść. Potrawa była tak słona, że żadna ilość wody, czy szejków nie pomogłaby żeby to przełknąć. Kelner błyskawicznie wyłapuje moją skwaszoną minę. Zamienia mi danie na curry. Curry musi być pyszne.

Do pokoju postanawiamy wrócić promenadą. Stoiska już stoją, brak jest tylko pokazów artystycznych. Scen jest kilka więc nastawiamy się na wielką balangę. Na straganach wypatruję sobie kilka bluzek,  po które postanawiamy wrócić wieczorem. tajlandia 1638Ale nie ubrania najbardziej nas tu ciągną tylko masa jedzenia, którego nie widzieliśmy już od ładnych paru dni oraz w cenach o których już zapomnieliśmy.

Występy nas nie zachwyciły, ale zdecydowanie rozbawiły. Gusta muzyczne to jedno, nie każdemu musi się podobać to samo, ale oprawa taneczna do tych występów… Ciężko mi dobrać słowa by to wszystko opisać, ale odbiór był mniej więcej taki, jakby patrzyło się na grupkę osób, którym założono na głowę słuchawki, każdemu puszczono inna muzykę i kazano tańczyć. Ale urocze to było na swój sposób. W końcu wszystko było dla króla.

Ciuchy jak to ciuchy były jakości mocno wątpliwej. Oczywiście pełno było również wszelakiego rodzaju „rękodzieła”, które wskazywało jednak, ze było wykonane w pobliskich Chinach. Nie zmienia to faktu, że troszkę się tam poszperało i parę rzeczy zakupić udało.  Co ciekawe Phuket było ostatnim miejscem w którym nastawiałabym się na jakiekolwiek zakupy. Tymczasem ten mały targ okazał się być lepiej i taniej zaopatrzony niż nocny targ w Chiang Mai.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Była również okazja do zjedzenia Pad Thaia, pysznych grillowanych krewetek i paru jeszcze innych smakołyków, których nawet nie potrafię nazwać. Wszędzie była muzyka, śpiew i masa ludzi. To się nazywa impreza.

Postanowiliśmy wznieść toast za zdrowie króla i tu niespodzianka. Z okazji święta w wielu sklepach wprowadzono zakaz sprzedaży alkoholu. Troszkę byliśmy tym zaskoczeni zwłaszcza, że nie był to jakiś odgórny nakaz (na targu można było kupić Changa i wszelkiej maści inne dobra bez większego problemu). Nasza niechęć do dźwigania klamotów została pokarana. Trudno, jakieś niewielkie zapasy jeszcze mamy. Dzisiejszy wieczór spędzimy na pakowaniu. To już nasza ostatnia noc na Phuket. Ale ten czas szybko nam zleciał.

Dzień 13 i 14 – Phuket

Kolejny piękny poranek. Jak tu nie być zachwyconym tym miejscem, gdy wyglądasz przez okno i widzisz góry porośnięte tropikalnym lasem. Co za zieleń. I ta cisza. Zdecydowanie wybór hotelu w cichszym miejscu był dobrą decyzją. Położenie miało jeszcze jedną zaletę. Było na granicy dwóch plaż: Katy i Karon. Dziś postanowiliśmy odwiedzić tę drugą.

tajlandia 1106Spacer zajął nam kilkanaście minut. Nie spieszyliśmy się, być może dałoby się pokonać ten dystans szybciej, tylko po co? Na pierwszy rzut oka plaża ta różni się po poprzedniej. Przede wszystkim nie jest tak odizolowana, a na jej skraju bezpośrednio znajduje się droga. To nie jest wielki minus, bo nie widać jej, gdy leży się na piasku, ale też nie ma tak wielu palm na jej skraju co Kacie niewątpliwie dodaje uroku. Nim pójdziemy się opalać musimy coś zjeść. Znów wybieramy knajpkę blisko morza, już może nie z takim pięknym widokiem, ale nie ma na co narzekać. Forma śniadania jest wygodna. Płacisz 100 tbh, wybierasz 5 produktów plus masz nielimitowaną kawę. Śniadanko było smaczne i obfite. Coś czuję, ze wrócimy tu na obiad.

Sama plaża jest dużo węższa od Katy ale miejsca dla nikogo nie brakuje. Na Phukecie ciężko jest czuć się odosobnionym ale tu zdecydowanie się nasila zagęszczenie turystów. Znajdujemy sobie jednak kawałek piasku i rozkładamy ręczniki.

Wejście do morza jest strome, przy brzegu jest mniej więcej metrowy spadek. Spowodowane jest to z pewnością występującymi tu falami, które do najniższych nie należą. Chyba znów ominie mnie kąpiel. A można by rzec „Puff – jak gorąco!Uff – jak gorąco!”tajlandia 1080

Grzesiek udaje się na zwiad w poszukiwaniu jedzenia, ładnych widoków i miejsca gdzie mogłabym po pływać nie ryzykując utonięcia. Zostaję sama i mogę podziwiać widoki. Oraz wsłuchiwać się w dyskusje rodaków, których tu jest zatrzęsienie. Co takiego przyciąga ich akurat na tą plażę? Myślę, że tylko i wyłącznie hotel który położony jest na jej brzegu.

W końcu wrócił Grzesiek z radosną nowiną. Jak mam ochotę popływać na skałkach to powinnam dać radę, bo fal tam prawie nie ma. Oj jest mi tak gorąco, że jak najbardziej mam ochotę. Lecę czym prędzej choć trochę schłodzić się w morzu. Ech, ale ta woda jest tu gorąca! Za to kamienie okazały się nie być uciążliwe. Wymoczona i wypluskana wracam na stały ląd. Możemy iść jeść.

tajlandia 1126Zaczynam pomału martwić się o swoje kilogramy. Niby w tajskim jedzenie jest coś co sprawia, że nie czuje się przejedzenia, ale mimo wszystko kiedy ciągle się coś pałaszuje to w końcu może się to odegrać. Staramy się jednak o tym nie myśleć. Na obiad będzie zielone curry i smażone krewetki. A do tego deser. Pierwszy raz udało nam się zamówić taka ilość  jedzenia, żeby starczyło miejsca na deser. Curry było obłędne. Chyba najbardziej obłędne ze wszystkich. Świdrowało każdą możliwą szczelinę, gdzie jego intensywny aromat mógł się dostać. Nigdy nie zapomnę kulek świeżego pieprzu w nim pływających. Coś fantastycznego. Krewetki i ciacha również nas nie zawiodły. A tak niepozornie wygląda to miejsce.

Wertujemy menu i okazuje się, ze jest niezwykle interesujące i zróżnicowane zarazem. Ale to co jest najwspanialsze w tym miejscu, to że jedzenie nie jest przygotowywane pod turystów, czyli nie musisz prosić, żeby danie było ostre co w wielu miejscach jest dość powszechne. Wróciliśmy więc na kolację. Dziś już nie pamiętam nic poza ostrygami, które akurat średnio mi smakowały i tym, że do rachunku dostaliśmy kupon na bezpłatne hamburgery.

Wieczorem jeszcze piwko na balkonie i trzeba iść spać. Jutro jedziemy na Phi Phi. Już się doczekać nie mogę. Biały piasek, snoorkowanie.. Oj! Żeby tylko zasnąć z tych wrażeń.

%d blogerów lubi to: