Archiwa blogu

Dzień 15 – Phi Phi

Ależ ja nie lubię wcześnie wstawać. Ale jak się chce cokolwiek zobaczyć to inaczej się nie da. Na wpół przytomni schodzimy przed budynek i rozpoczyna się czekanie. Trochę to jest irytujące, że mogliśmy jeszcze trochę spać. Mamy tylko nadzieję, że dziś będzie to krótsze oczekiwanie niż w Chiang Mai. W końcu któryś z ryków silników okazuje się być tym właściwym. Wsiadamy w busik i jedziemy.

Gdy dojeżdżamy na miejsce od razu zostajemy oznakowani. Mamy niebieską nalepkę, która nie wiemy co  oznacza, ale jest. Tłum jest niesamowity, każdy mówi w innym języku, a na środku wielkiego placu swoje show uskutecznia laydyboy. Co za miejsce. Cóż, ale z pewnością wycieczka będzie wspaniała.

Nagle zaczyna się ruch. Ludzie zaczynają pakować się na łodzie. Podążyliśmy za grupką Chińczyków. Szybko nas wyłapali. Niebiescy na inną łódź… a więc to o to chodzi. Zero informacji i całkowita dezorganizacja. Pakujemy się na przyciasną łódź i ruszamy. Nasza animatorka i przewodniczka ma tak słowiczy głos i tak niewybredne poczucie humoru, że mimo upływu czasu śni mi się czasem w koszmarach. W końcu jednak docieramy na Maya Bay i mamy troszkę czasu dla siebie. Troszkę to znaczy niespełna godzinę.

tajlandia 1167

Plaża nie jest duża, ale naprawdę piękna. Delikatny, biały piasek, turkusowa woda. Raj na ziemi. Gdyby tylko nie było documowanych do brzegu tylu łodzi a po tym piasku nie maszerowało pewnie z pół tysiąca osób naraz. Cóż, jesteśmy jednymi z nich i pewnie nie jedynymi, którzy chcieliby mieć to miejsce tylko dla siebie.

tajlandia 1170

Mimo tłumów udaje się znaleźć takie punkty widokowe, z których można zrobić obłędne zdjęcia iście z katalogów turystycznych. Jeszcze tylko krótka wyprawa w głąb wyspy i wizyta na „rajskiej plaży” dobiega końca. Z łodzi już nas nawołuje moja ukochana przewodniczka. Krzyczy na wszystkich mimo, że jeszcze ponad 5 minut do czasu zbiórki. Po paru chwilach orientujemy się, że ten piskliwy skrzek znaczy „blue team”.  Nie ma co, dobrze, ze nie trafiliśmy na wycieczkę objazdową z jej udziałem.

Wizyta na małpiej plaży trochę zawodzi. OLYMPUS DIGITAL CAMERAOgranicza się do podpłynięcia do brzegu w celu wykonania zdjęć. Przy 60 osobach na pokładzie, a miejscu na rufie dla 20 rozpoczyna się bitwa. Ja poddaję się w przedbiegach. Próbuję choć zobaczyć taką małpeczkę przez okno. Grzesiek ma więcej szczęścia i siły przebicia niż ja. Szkoda, bo miałam nadzieję na trochę bliższy kontakt z tymi zwierzątkami.

Przed obiadem czeka nas przerwa na snoorkowanie. Rozdawanie sprzętu jest równie dobrze zorganizowane jak cała reszta wycieczki, czyli jest całkowity chaos. A ze straszą jakimiś horrendalnymi karami za zniszczenie lub zgubienie sprzętu, który nie jest wart nawet 1/3 wskazanej kwoty to tym bardziej atmosfera się zagęszcza. Ale rafy nie zawiodły. Być może nie było to najlepsze miejsce nurkowe z możliwych, ale nie było też złe. Zarówno rafa jak i rybki były śliczne. Grzesiek widział rafę pierwszy raz więc tym większą sprawiało mi radość patrzenie na niego.

Po snoorkowaniu mieliśmy dłuższy postój na wyspie. Mieliśmy nadzieję, że tym razem uda nam się coś więcej zobaczyć, może nawet popływać. Niestety połowę czasu zajął nam obiad, ale spacer był bardzo przyjemny, a wyspa ładna.

Czekała nas jeszcze godzinka na małej bezludnej wyspie. Znów nasza wspaniała przewodniczka/animatorka postarała się zrobić wszystko by ten pobyt nam umilić. Ech.. nie będę najmilej wspominać tej wycieczki. tajlandia 1252W sumie troszkę cieszyliśmy się gdy dotarliśmy do hotelu. Nasza wspaniała sprzedawczyni/mentorka obiecuje, że ekipę na Jamesa Bonda ma sprawdzoną i z pewnością będziemy bardziej zadowoleni. No zobaczymy. Póki co postanawiamy zrealizować nasz kupon na hamburgery. Ja znów mam problemy ze zdrówkiem. Niby polisę mamy wykupioną, ale ewentualne procedury i papierki związane z jej ruszeniem troszkę mnie zniechęcają. Łykam kilka tabletek, wypijam piwo. Do jutra musi być lepiej.

Reklamy
%d blogerów lubi to: