Archiwa blogu

Coffee in love – Starbucks po tajsku

            Kiedy po wszystkich śpiewach i pianiach w końcu udało nam się zasnąć było już widno. Dzień zatem rozpoczął się z małym opóźnieniem, ale żadna siła nie była nas w stanie wyciągnąć z łóżka. Co za koszmar. Obejrzeliśmy wszystkie okna, uszczelniliśmy co się dało, ale nie czuliśmy aby miało to przynieść jakieś pozytywne zmiany. Chyba trzeba będzie się nauczyć żyć w zgodzie z naturą.

            Kiedy ja się próbuję ogarnąć Grzesiek rusza odebrać nasze pranie. Wraca z ciuchami i ze skuterkiem. Wspaniale. Pojazd jest piękny wygodny, kaski twarzowe. No żyć nie umierać. Przyjemność ta kosztowała nas 150 batów.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Nim ruszymy w drogę czeka nas jeszcze pyszne śniadanie i kawa nad mapką okolicy. Nazwy nam niewiele mówią. Jest coś o kawie i o truskawkach. Nie do końca wiadomo czego się spodziewać. Ale póki co niespodzianki w Tajlandii były zawsze miłe. Skuterek zatankowany, kierunek wybrany, brzuszki pełne… Jedziemy!

            Nasza dzisiejsza trasa usłana jest serią kawiarenek o cukierkowo brzmiących nazwach. Pierwsza z nich to „Coffee in love”. Brzmi przyjemnie? I tak też jest. Jest to kawiarnia z obłędnie pięknym widokiem na okolicę. Przytulny budyneczek, kilka altanek otoczony parkiem. Od razu mija niewyspanie i już troszkę mniej żałuję, że tu przyjechaliśmy. Jeśli dodamy jeszcze do tego piękną pogodę, byliśmy wniebowzięci. Zdjęć robimy milion i jedziemy dalej. W końcu punktów na mapie mamy jeszcze sporo.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

            Następny to te magiczne truskawki. „Strawberry in love”. No nie są za bardzo oryginalni. Kiedy tu przyjechaliśmy to poczuliśmy troszkę o co chodzi z tym Disneylandem. Ale wróćmy do tematu. Miejsce położone pięknie. Widoki oczywiście wspaniałe, tylko wszystko dookoła usłane gigantycznymi truskawkami. O ile pierwszy punkt zrobił na nas pozytywne wrażenie o tyle ten zaczyna już trącić tandetą. Zdziwieni jednak jesteśmy ilością oferowanych tu truskawek. No i w końcu znajdujemy coś, co u nas jest dużo tańsze niż w Tajlandii.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Ale dość już miłość w Pai. Tym razem zmierzamy w stronę Kanionu. Brzmi oczywiście ciekawie. Tym razem z parkingu czeka nas krótki spacer.

13

Po drodze spotykamy piękną jaszczurkę wspinającą się po drzewie.

14

Może nie jest tak okazała jak waran z Erewanu ale zawsze to coś. Sam kanion.. no cóż. Ze wszystkiego da się zrobić atrakcję a jak wiadomo Tajowie są w tym bardzo dobrzy. I tak przebiło to gorące źródła, które czekały na nas za chwilę. Tzn. źródła być może i były ciekawe ale aby móc je zobaczyć trzeba było zapłacić jaką kosmiczną kasę. A jakiś parujący śmierdzący ciek przed wejściem wcale nas nie zachęcił.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

W drodze do gorących źródeł wpadamy na jakiś historyczny most. Największą jego atrakcją było to, że mógł się w każdej chwili zarwać. Ale coś takiego jest w tym miasteczku, ze te wszystkie pseudo atrakcje naprawdę sprawiają radość.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

            Czas zawrócić i zobaczyć co dzieje się z drugiej strony. Czekać ma na nas wodospad, wioska chińska i ośrodek ze słoniami. Co do pierwszych dwóch miejsc, nie mogę powiedzieć, ze któreś z tych miejsc zrobiło na nas jakieś specjalnie duże wrażenie, choć też skłamałabym gdybym napisała, ze nam się nie podobały. Ogólnie krajobrazy w okolicach Pai są tak piękne, ze punkty na mapie są tylko pretekstem do podziwiania widoków. Miło jeździ się w kółko i podziwia pola ryżowe.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

            Duże wrażenie zrobił na nas ośrodek ze słoniami. Nie bardzo wiedzieliśmy czego się spodziewać. Sporo się naczytaliśmy na temat traktowania tych zwierząt. Tu jednak wyglądały na zadowolone, a zabawa ze słoniem w rzece… Szkoda, że czas nas nagli. W planach mamy dwudniowy trekking, ale w końcu wybieramy się na Koch Chang, czyli Wyspę Słonia i tam już nic nie będzie nas naglić.

15

            Wieczór spędzamy w miasteczku. Zaczynamy go od kolacji i pysznego curry, a potem masaż. Tego mi było trzeba. Po powrocie do Tajlandii zauważyliśmy nieznaczny, ale jednak wzrost cen. Jedyne co nas zaskoczyło pozytywnie to ceny masaży które rok do roku były tańsze. W 2012 roku po długim targowaniu udawało nam się uzyskać cenę 300 batów za masaż. Teraz cena wyjściowa to było 200. W końcu możemy się zrelaksować. A zrelaksować się trzeba bo jutro planujemy iść w góry.

            Wstępne rozeznanie zrobiliśmy dzień wcześniej. Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu nie ma zbyt wielu punktów które są gotowe zorganizować nam dwudniową wyprawę. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że Pai jest właśnie idealnym miejscem do takich wycieczek. W końcu natrafiamy na dwa punkty organizujące wycieczki połączone ze spływem na pontonach. Jeden z nich (droższy) prowadzony jest przez Francuza, który jakiś czas temu osiadł w miasteczku, drugi z kolei przez…jego byłego współpracownika (narodowości tajskiej). Dwudniowa „wyprawa” brzmi interesująco, wydaje się też opcją mniej męczącą niż ta w której braliśmy udział rok wcześniej. Poznajemy przy tym historię mega konfliktu między dwoma właścicielami konkurencyjnych firm. W końcu nie dając się wciągnąć w zatargi miedzy panami wybieramy ofertę tańszą. Co prawda w dalszym ciągu jest to cena dla nas bardzo wysoka (w okolicach 2000 batów przy czym rok wczesnej za trekking, ale bez pontonów płaciliśmy około 900 batów), ale w zasadzie nie mamy wyboru, bo konkurencji w Pai brak.

            Humory poprawiamy sobie plackami z bananów i innymi cudami oferowanymi na straganach. Jest coś takiego w tym miasteczku, że jest człowiekowi w nim miło. Może jedynym minusem jest perspektywa nocy przy nieustającym akompaniamencie koguciego piania. Dziś postanawiamy się lepiej przygotować do nocy. Zwiększamy zapasy Changa do tego melatonina i może będzie lepiej. Zwłaszcza, że czeka nas wczesna pobudka.

Reklamy
%d blogerów lubi to: