Archiwa blogu

Niech się leje ! Songkran

20160413_151406Czerpanie radości z  życia jest nieodłącznym elementem tajskiej kultury, nic więc dziwnego że obchody nowego roku odbywają się tutaj z takim rozmachem. Do tego kwiecień to tradycyjnie najgorętszy miesiąc w roku, nic dziwnego zatem, że z takim utęsknieniem wyczekują momentu, kiedy można bezkarnie przez 3 dni oblewać się wodą. Read the rest of this entry

Reklamy

Dzień 11 i 12 – Chiang Mai, kierunek Phuket

tajlandia 953Nasz pobyt w Chiang Mai miał być dłuższy jednak ze względu na festiwal Loy Krathong i puszczane masowo lampiony nasz lot na Phuket został przesunięty na południe. Nie płakaliśmy z tego powodu, gdyż nocny lot wybraliśmy tylko ze względu na dwukrotnie niższą cenę. Zabraliśmy rano bagaże znieśliśmy po tych pionowych schodach, po których z wielkim wysiłkiem wnosiliśmy je kilka dni wcześniej i postanowiliśmy zjeść śniadanko w knajpce w hostelu.  Zamówiliśmy jakąś giga kanapkę z tuńczykiem i frytkami, do tego tosty, sałatkę owocową. Zaraz pękniemy. Ale ten poczwórny tost z tuńczykiem był pyszny.

Kończymy jeść, płacimy rachunek, żegnamy się i udajemy na lotnisko. Tradycyjnie już ja robię za bagażowego, a Grzesiek wyrusza w poszukiwaniu transportu. Za chwilę zjawia się z tuk tukiem. Wsiadamy i jedziemy. Na lotnisko jest blisko, wiec szybko dojeżdżamy na miejsce. Jeszcze tylko zakupy na lotnisku w bardzo fajnie i tanio zaopatrzonych sklepach i lecimy na Phuket…

tajlandia 901

Dzień 10 – Chiang Mai

tajlandia 690Spało się wybornie. Aż słychać było ciszę. Niestety przed ósmą była pobudka na toaletę i śniadanie. Jajecznica może i nie była najlepsza, ale i gorsze się jadło. Tosty nielimitowane. W całym swoim życiu nie zjadłam tyle pieczywa tostowego co w Tajlandii. Jeszcze tylko się rozliczyć za napoje i można wracać na niziny. Dziś powinno był łatwiej.

Ale nie było. Droga jeszcze bardziej stroma, a nogi nie zdążyły odpocząć po wczorajszej wspinaczce. Drżą mi mięśnie. Z trudem stawiam każdy krok. I jeszcze do tego wszystkiego jest ślisko. Grześkowi szło to wszystko jakoś sprawniej. Ale on się rusza, ćwiczy, a ja? Przynajmniej jest postanowienie, żeby zaraz po powrocie zapisać się na siłkę. Trzeba być dzielnym. Skoro tu wlazłam to i zejdę.

Nagle zaczynamy słyszeć szum płynącej wody. Wodospad. To miejsce naszej zbiórki. Im szybciej tam dojdziemy tym dłużej będziemy odpoczywać. tajlandia 780No dobrze, po trzeciej wywrotce zwalniamy, nie chcę połamać nóg. I oto jest. Piękny, majestatyczny, wielki naturalny prysznic. Szybciutko ściągamy łaszki i lecimy się wykąpać. Z tym szybciutko to trochę przesadziłam, bo nie mamy siły szybko chodzić, a i po śliskich, mokrych kamieniach tak łatwo się nie idzie, ale powiedzmy, że zrobiliśmy to żwawo. Woda była lodowata. Aż czuliśmy jak serducha zaczynają nam mocniej bić. Już kiedyś w Turcji było mi dane kąpać się w wodospadzie więc wiedziałam czego się spodziewać, ale wtedy nie byłam tak bardzo zmęczona. Wraca nam krążenie. Jesteśmy czyści i pełni energii.

Wszystko co dobre szybko się jednak kończy. Plus był taki, że trasa przestała być już taka śliska i stroma więc reszta drogi to spacer. Dość długi i męczący, ale jednak spacer. Żebyśmy jednak nie zasapali się zbyt mocno ostatnie kilometry pokonujemy wodą. Oddajemy nasze buty, przechodzimy błyskawiczny kurs wiosłowania i udajemy się nad rzekę. Część trasy płyniemy pontonem cześć na bambusowej tratwie. Plus jest miło, przyjemnie i nie trzeba iść.

Minus – słysząc spływ myślałam, że nurt będzie trochę bardziej wartki. tajlandia 851Ale przynajmniej można się było odprężyć. Po skończonym spływie czekała nas jeszcze niewielka wspinaczka do samochodu po buty, ale obyło się bez większych ran na stopach. Po obiedzie jesteśmy znów w ciasnym busie wiozącym nas do Chiang Mai.

Wieczorem nie mamy siły włóczyć się do późna. Jemy więc kolację i postanawiamy spędzić wieczór przy basenie. Chcemy podopijać nasze zapasy przed zbliżającym się lotem, gdyż tu mamy mocno wyśrubowane limity bagażowe. Kupujemy więc tonik (tu nie było z tym już takiego problemu) zabieramy gin i rozsiadamy się wygodnie. W 10 minut później zrywa się taka ulewa, że skaczemy ze szczęścia, że nie złapała nas na mieście. Kolejny raz nam się upiekło. Co chwilę widzimy kolejne wbiegające przemoczone do suchej nitki osoby. My tymczasem sączymy nasze drineczki i wsłuchujemy się w szum deszczu.

Kolejny poranek spędzamy oddzielnie. Grzesiek idzie się uczyć gotować a ja mam pół dnia tylko dla siebie. Może w końcu trochę poczytam. Rety, co to za wakacje, kiedy nie ma czasu na czytanie? A jednak. Był też plan popływania, jednak temperatura spadła o kilka stopni i nie sprawiało mi to wielkiej frajdy. Pomoczyłam się więc troszkę, poopalałam i postanowiłam doprowadzić się do porządku. Lakier na paznokciach jest w opłakanym stanie, a i nogi się same nie wywoskują. My kobiety, mamy naprawdę ciężki żywot na wakacjach. Okazuje się, że nawet na to nie starcza mi czasu. Paznokcie będą musiały poczekać na następną okazję.

Znów przypominamy sobie, że jesteśmy jednak na urlopie i postanawiamy iść na masaż. Tu tego tupu usługi są jeszcze tańsze niż były w Sukhothai. Grzesiek decyduje się na tajski. Jak patrzyłam na jego grymasy bólu to cieszyłam się, że zdecydowałam się na klasyczny mimo, że tym razem szczęścia do masażystki nie miałam. Jedyne co mi pozostało to mieć nadzieję, że mnie podczas tego masażu nie uszkodzi, co niestety potrafi się przytrafić komuś kto o masowaniu nie ma pojęcia. Na szczęście pani była wyjątkowo delikatna, a ja przynajmniej miałam naolejkowane ciało.

Obiad zjedliśmy w sprawdzonej już pierwszego dnia knajpce i po raz kolejny nas nie zawiódł. Ale żebyśmy mieli mały łącznik z naszą górską wyprawą jedliśmy go stolik w stolik z naszymi brytyjskimi współtowarzyszami wspinaczki. Swoją drogą było to bardzo zastanawiające, że w całkiem sporym miasteczku natrafialiśmy na nich średnio co dwie godziny. Ale co równie ciekawe nie przypominam sobie, żebym przez cztery dni pobytu usłyszała tam język polski.

tajlandia 870Wieczór mija nam pod hasłem zakupy. Jesteśmy troszkę źli na siebie, bo jutro lecimy na Phuket, który nie słynie z taniości, a my nie kupiliśmy prawie nic. A przecież tak wszyscy zachęcają do wyjazdów z pustymi walizkami. I w czym ja bym teraz chodziła? Nawet na prezenty dla babć nic tu specjalnie się nie nadaje. Wszystko trąci kiczem i tandetą lub jest astronomicznie drogie. W końcu natrafiam na piękną torebkę. Pani krzyczy mi 4500 batów. No, jak na zakupy na straganie to mało to to nie jest. Ale i torba wygląda na pancerną. Chyba tylko ja lubię takie torebki, bo nigdzie indziej takiej nie widzieliśmy. A i pani chętnie ją sprzedała za 800 batów. Tylko tyle miałam w portfelu.  Ten mały bazarek wzbudza u nas więcej entuzjazmu niż słynny nocny targ. Gdyby jeszcze nie złapała nas ta ulewa. Trzeba było wczoraj się nie śmiać z tych mokrych kur. Chodzimy więc dalej od straganu do straganu usiłując znaleźć jakiś daszek. Po około 30 minutach z ulewy zostaje już tylko niewielki, aczkolwiek nieprzyjemny deszczyk.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAPodczas gdy my chowaliśmy się pod parasolami, na ulicach stały setki młodych Tajów przebranych z okazji festiwalu Loy Krakhong. Panie, ale nie tylko w pięknych makijażach, do tego kreacje i ten ulewny deszcz. Większość z nich boso. I te wszystkie platformy. Przykro było na to patrzeć, więc z tym większą radością przyjęliśmy do wiadomości fakt, że deszcz po jakiś dwóch godzinach definitywnie postanowił odejść w niepamięć. Sam pochód robił niesamowite wrażenie. Ile ten naród wkłada w pracy w celebrację świąt.. Wszystko było przystrojone, na ulicach paliły się świece, a środkiem maszerowali oni. Młodzi i piękni.

Po pochodzie postanowiliśmy zapalić swój lampion i wysłać go do nieba. Mieliśmy troszkę obaw, bo co jeśli spadnie? Może lepiej wypowiedzieć takie życzenie, którego nie będzie żal jak się nie sprawdzi? Ale Grzesiek był pewny swego i jak nigdy mnie nie zawiódł. Długo śledziliśmy znikający na niebie mały biały punkcik, a lampiony wyglądały płynąca mleczna droga. Ciekawe ile z życzeń zdążyło się już spełnić.

tajlandia 867W ostatni wieczór nie można ryzykować. Trzeba skoczyć na Tom Yuma. Co jeśli na Phukecie nie da się go dostać? Nie wiem co mnie wtedy tchnęło, ale miałam rację. Czekało mnie teraz odstawienie mojej zupki na ponad tydzień. Na deser naleśnik z bananami i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku możemy iść spać.

Wracamy wiec do hostelu, odbieramy kolejne pranie (nasze ubrania po wspinaczce nie nadawały się do wpakowania do walizek). Tym razem mamy niespodziankę. Dostajemy w gratisie jedną koszulkę, a za to brakuje nam spodenek. Wszystkie białe rzeczy od pozostałości gliny zafarbowały na rudo. Oj… Szkoda , że nie zobaczyłam tego wcześniej, czeka mnie kolejny kurs na dół. Ale ja mam tam gimnastykę na tych schodach. Ubrania wymieniamy, na pofarbowanie nic nie jesteśmy w stanie poradzić. Pozostaje mieć nadzieję, że dopierzemy to w domu. Póki co cieszymy się, że nie pobrudzą nam pozostałych łaszków.

Dzień 9 – Chiang Mai

Na śniadanie tym razem postanowiłam zaryzykować i zamówiłam tajskiego omleta. Kolejną rzecz z naszej magicznej ulotki. Chyba była to jedyna potrawa, która nie specjalnie przypadła mi do gustu. Suche to takie i nijakie. Ale najadłam się a to w tym momencie najważniejsze. No i ile można jeść śniadania angielskie.

tajlandia 585Na miejscu jesteśmy chwilę przed czasem. Siadamy sobie wygodnie przy stoliku i czekamy. Nasza agencja jest jeszcze zamknięta. Troszkę nas to martwi zawłaszcza, że względu na wyjątkowo niską cenę naszej wycieczki, ale nie wpadamy w panikę. Po około pół godzinie budzi się Aran. Okazało się że mieszka w tym samym budynku. Wita się  z nami serdecznie… ale co z tego skoro naszego kierowcy dalej nie ma. Cóż jemu się nie spieszy. Jesteśmy z jednej strony spokojniejsi, bo przynajmniej wiemy, że nie uciekł z naszymi pieniędzmi, z drugiej strony źli, że zrywamy się bladym świtem, żeby pić z nim kawę. Przed 10 zjawia się nasz busik.

Czekają na nas ostatnie dwa miejsca. Ma to swoje plusy bo siedzimy bezpośrednio przy wejściu na pakę (czyt. mamy powietrze). Minusy też są, ale najważniejszy z nich to, że jest niesamowicie ciasno przez całą drogę. A jechać będziemy ponad dwie godziny wiec wcale nie mało. Po drodze mamy postój na bazarze, gdzie możemy zrobić zapasy i rozprostować kości. Tylko co z tego, skoro musimy ciąć wagę naszych plecaków do minimum.

Towarzystwo mamy miłe, międzynarodowe. OLYMPUS DIGITAL CAMERAJest para Hindusów, Szwedów, Belgów i 5 Brytyjczyków. Chłopaki będą nam zapewniać rozrywki przez następne dwa dni. Jedziemy ściśnięci jak sardynki, ale nie narzekamy, w końcu czeka nas wielka przygoda. Jeszcze tylko postój w punkcie kontrolnym, gdzie zbierane są kserokopie naszych paszportów i możemy wyruszać w góry. Tym razem jazda trwa już chwilę i niebawem trafiamy na szlak.

Nasza wyprawa zacznie się jednak od obiadu. Fafaraśnie to to jedzenie nie było, zwłaszcza biorąc pod uwagę możliwości kulinarne Tajów, ale ryż z warzywami i kurczakiem jest sycący. Do tego pyszny ananas i jesteśmy pełni sił by zdobywać świat.

Punkt pierwszy to przejażdżka na słoniach. Nie przeczę, że od kiedy postanowiliśmy jechać do Tajlandii był to dla nas synonim wakacji spędzanych w tym kraju. Gdzie Tajlandia tam słonie a na nich my. Ech.. chyba za wiele sobie po tym obiecywałam. Słonie oczywiście były wspaniałe, piękne i majestatyczne. Wspaniale się je głaskało i karmiło, jednak jazda na siedzisku które zabezpieczone jest na słowo honoru, na słoniu który jeśli się przewróci to zwali nas z wysokości kilu metrów i przygniecie kilkoma tonami… Ale chyba byłam jedyną osobą której to przeszkadzało, bo wszyscy bawili się przednio. Choć z perspektywy czasu, nie wydaje mi się to już tak przerażające, ale niewątpliwie było to największe rozczarowanie wyjazdu. OLYMPUS DIGITAL CAMERANo cóż zeszliśmy ze słoni, porobiliśmy sobie troszkę zdjęć i czas szykować się do drogi. Zacznie się ona od dokładnego wysmarowania preparatem na komary. Zawartość DEET 98%. Cała wyprawa pachnie tak samo. Nie wiem, czy byliśmy jedną wielką kulą DEETu, czy też wcale nie było w tej puszczy komarów, ale jakoś nie zaobserwowaliśmy ich obecności.

Nasz treking rozpoczyna się od godzinnej rozgrzewki. Maszerujemy najpierw polną drogą, potem jakiś czas niewielki skos już po lesie. Patrząc na japonki naszego przewodnika byłam nieco rozczarowana. Może nie jestem fanką wylewania z siebie siódmych potów, ale liczyłam na wyprawę w góry, a nie spacerek po polanie. Ale nic nie mówię tylko idę. I dobrze, że nie mówiłam, bo w połowie wyprawy zaczęły się schody.

Nagle odbijamy w górę. Ścieżka zamienia się z leśnej na glinopodobną. Z drobnego wzniesienia kąt zbliża się do 45st. Pierwsze podejście 15 min. Czuję, że za chwilę stanie mi serce. Dochodzę na miejsce jako jedna z ostatnich. W sumie to cieszę się, że dwie osoby nie docierają na miejsce zbyt szybko, bo jest chwila na odpoczynek. Cała reszta załogi uśmiechnięta i zadowolona. Rety, jak oni to robią? W końcu i nasza zaginiona para się odnajduje. Byłam przekonana, że utknęli podczas robienia zdjęć, a tymczasem jest ktoś, kto gorzej znosi górskie wyprawy niż ja. Jestem z siebie dumna.

OLYMPUS DIGITAL CAMERANasz przewodnik przechwytuje bagaże naszej parki i człapiemy dalej. Jak on w tych japonkach z tym wielkim plecakiem da radę? No cóż, ma doświadczenie. Ja go nie mam, ale staram się nadrabiać miną. Jeszcze dwa podejścia i naszą parkę z trasy zabierze skuter, a tymczasem stawkę będę zamykać ja. Trudno. Ktoś musi. Mięśnie mi już drżą, koszulka jest cała mokra ledwo mogę złapać oddech i z trudem powstrzymuję się od płaczu z bezradności. Gdy docieramy do wioski to mam ochotę ziemię całować. Żadna siła nie ruszy mnie z miejsca. Ale, że co? Jeszcze 50 metrów do naszej chatki? Nie ma mowy! Nie dam już rady!

Ale dałam, bo niby jakie miałam wyjście. Doszliśmy do budowli w której spędzimy dzisiejszą noc. Była to chatka z bambusa stojąca na wysokich palach. Dormitorium w którym spaliśmy było spore, na dwa posłania przypadała jedna moskitiera. W przejściu stały świeczki, których zaraz po przybyciu nie było jeszcze potrzeby odpalać. Ale zawsze można się było o nie potknięć. Widoki zapierają dech, ale my marzymy tylko o prysznicu.

tajlandia 686tajlandia 695I o dziwo nie było to problemem. Choć warunki sanitarne powiedzmy, że nie były zachwycające, to jednak prysznic z zimną wodą był, można się było umyć. Wychodek zalewany wodą też, więc nawet nie było tak strasznie, a cała ta otoczka dopełniała tylko klimatu. Ponieważ wszystko było oblepione tą gliną przy wejściu był jeszcze kranik do mycia nóg. Buty zostawały na zewnątrz.

W czasie kiedy my się myliśmy nasz przewodnik szykował dla nas curry na kolację. Rety jaki ten chłopak jest wszechstronny. Zaprowadzi, opowie, podźwiga i jeszcze jeść da. I nawet nieźle gotuje. Curry było pyszne albo my byliśmy strasznie głodni. Na przekąskę piwo i ibuprom super ekstra forte. Życie mi uratowały te tabletki.

Zastanawiacie się skąd mieliśmy piwo? Otóż kupiliśmy na miejscu. Może prądu tam nie ma, ale to nie sprawia, że nie potrafią robić interesów. Nawet brak wspólnego języka nie stanowił tu problemu. Mieszkaliśmy w wiosce Lachu. Ich języka nie znał nikt, nawet nasz przewodnik. Ale jak się chce, to wszystko się da. Żeby nie skupiać się na wydawaniu reszty powstała lista na której każdy zakupując colę/wodę/piwo odznaczał się i następnego dnia zsumowaliśmy wysokość naszych zakupów. Proste i wygodne. I nie trzeba dźwigać zapasów.

Po kolacji przyszedł czas na program artystyczny, Było ognisko, była gitara, była 5 młodych śpiewających anglików. Dużo piwa i dużo pozytywnej energii. Wiele myśli kłębi się w głowie. Jak wspaniale być w miejscu, w którym każdy dzień jest inny, noc nie podobna do nocy. W tej magicznej nostalgicznej atmosferze przyszedł czas na puszczanie lampionu. Całą grupą wysłaliśmy do nieba nasz lampion pełen ciepła, ale i masy życzeń i pragnień. Mówi się, że jeśli lampion leci szybko i wysoko to życzenia się spełnią. Nasz gnał jak opętany. W końcu przyszła pora na sen. W końcu rano czeka nas znów ciężki dzień.

Dzień 8 – Chiang Mai

Opowieść o Chiang Mai nie byłaby kompletna bez opisu Vip Busów. Są to bardzo komfortowe autobusy z jedynym podwójnym i jednym pojedynczym rzędem foteli. Fotele są szerokie, rozkładają się niemal do poziomu, a dodatkowo posiadają podnóżek który po podniesieniu daje nam poczucie, że śpimy na łóżku. Bardzo krótkim co prawda, ale jednak łóżku. Dla osoby pokaźnego wzrostu pewnie nie będzie to jakaś super opcja, ale dla mnie była znośna, choć po paru godzinach nóżki mogą i tak drętwieć. Każdy z pasażerów dostaje kocyk, a rano mokrą ściereczkę do obmycia twarzy. Na niektórych trasach dają nawet posiłki, ale o tym kiedy indziej. Koszt przejazdu takim autobusem nie jest najniższy i porównywalny z biletami lotniczymi kupionymi w promocji. Jeśli jednak nie zaplanowaliśmy naszego wyjazdu ze szczegółami z rocznym wyprzedzeniem, to może się to okazać rozsądna opcją podróżowania wygodnie za rozsądną kwotę. Trzeba zapamiętać tylko jedną rzecz. W autobusie panuje temperatura około 10 stopni. Jeśli nie założymy na siebie trzech swetrów możemy te kilka godzin podróży poważnie odchorować.

W końcu dojeżdżamy. Jak zwykle wykończeni. Dworzec w Chiang Mai jest całkiem spory. A jak spory dworzec to i mnóstwo pań nawołujących do skorzystania z usług jakiejś firmy przewozowej. Grzesiek poszedł zorganizować transport, a ja siedziałam w poczekalni otoczona przez przekrzykujące się kobiety. Po chwili przed wejście podjeżdża nasz tuk tuk, pakujemy się do środka, mówimy gdzie chcemy jechać i ruszamy.

tajlandia 900Podróż trwa kilka minut, wjeżdżamy w boczną uliczkę, tuk tuk staje i kierowca wskazuje nam nasz guesthause. No trudno podejdziemy ten kawałek. Budynek wygląda imponująco. Wchodzimy do środka i ku naszemu zdziwieniu okazuje się, że znów nie musimy czekać na pokój. Nasza radość jednak nie trwała długo. Po chwili okazuje się, że wszystko super ale przywiózł nas kierowca do S.K House, a nie S.K. House 1. Ktoś z obsługi usiłuje nam wytłumaczyć jak dostać się do naszego miejsca przeznaczenia, ale opornie to idzie. Prosto, dwa razu w prawo i prosto, a potem w lewo… Bierzemy walizki i idziemy. Rety, jakie one ciężkie, a krawężniki wysokie jak diabli. Odechciewa się nam wszystkiego. Ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że jesteśmy blisko celu. Jeszcze tylko krótka konsultacja z miejscowymi i za skuterami w prawo. Udało się.

Tu również nie było problemu z zakwaterowaniem przez wyznaczoną godziną. Większy był z wniesieniem walizek. Niby tylko drugie piętro ale po schodach które wyglądały prawie jak drabina było naprawdę ciężko się wspiąć.

Pokój okazał się być duży. Z jednym podwójnym i jednym pojedynczym łóżkiem. Do tego, że znów nie mamy balkonu zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Może ten otwarty korytarz to jest ten upragniony taras? Trudno. Łazienka jest za to spora i mamy coś co już prawie jest szafą. Może półek tam brak, ale chociaż kurtki jest na czym powiesić. I do tego wielkie drewniane biurko. Oj z tego miejsca wywiozłabym połowę wystroju.

tajlandia 920My tu gadu, gadu, a tu trzeba się organizować. Chwytam moje notatki i zaczynam czytać o świątyniach do odwiedzenia. Ponoć Chiang Mai jest w nie wyjątkowo bogate. Grzesiek jednak szybko studzi mój zapał. Ma racje. Oboje nie mamy już ochoty na świątynie. Ale skoro mamy tu spędzić 4 noce to jakoś trzeba zaplanować ten czas. Udajemy się więc na poszukiwanie jakiejś agencji turystycznej, która nam w tym pomoże. Plan jest dość prosty. Chcemy iść w góry.

Zanim wyczłapiemy się jednak z pokoju czeka nas wielkie pranie. Mija tydzień od naszego wyjazdu więc troszkę się już rzeczy uzbierało. Pakuję wszystko do wielkiej siaty i schodzę do pralni. Czeka mnie mała niespodzianka. Musze przeliczyć i opisać moje pranie. Znów kłania się mój kulawy angielski. Jakim cudem dałam radę tego nie wiem, ale po paru minutach pranie było oddane. Możemy iść w miasto.

Po drodze załapujemy się na przepyszną mrożoną kawę. Nawet nie sadziłam, że będzie mi tak smakować. Niby nie ma już tak wielkiego upału jak w Bangkoku, ale mimo wszystko temperatura daje o sobie znać. Chodzimy od agencji do agencji w końcu trafiamy do Arana. Ceny ma konkurencyjne, program całkiem ciekawy, chwila konsultacji i na następny dzień rezerwujemy dwudniowy trekking po górach, oraz półdniowy kurs gotowania dla Grześka. Ja już oczyma wyobraźni widzę jak będę pływać w tym czasie w naszym baseniku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAAleż to planowanie jest wyczerpujące. Czas rozejrzeć się za jakimś jedzeniem. Trafiamy do miłej knajpki przy jednej z głównych ulic. Z ulotkami ze szkół gotowania w ręku postanawiamy wybrać pyszności, których będzie się uczył gotować mój Kuchmistrz. Czas więc zasmakować w tajskim curry. Zamawiamy dwie porcje. Żółte i zielone oraz miseczkę ryżu. Szybko się orientujemy, że bez drugiej nie damy rady tego zjeść. Pot nam płynie po czołach. Piwo, ryż i dajemy radę. Uff jak gorąco.. ale i jak pysznie.

Przez resztę dnia włóczymy się trochę bez celu. Plan na wieczór nie mógł być inny jak odwiedzenie nocnego targu. Czekałam na to przez cały pobyt. Miejsce mityczne, gdzie można zjeść najlepiej i wszystko kupić. Na miejsce docieramy troszkę za wcześnie. No cóż, skoro już tu jesteśmy nie będziemy wracać. Siadamy na schodach i znów wertujemy ulotki z jedzeniem. Czemu z góry założyłam, że kuchnia oparta na kokosie musi być skazana na porażkę? Ech, człowiek uczy się całe życie, ja też, a teraz mam niepowtarzalna okazję poznać kilka tajskich kulinarnych niespodzianek.

Nim to nastąpi, czas na zakupy. Straganiki się już porozkładały więc jest w czym wybierać. Ale czy na pewno? Hmm.. Wszystko to już widziałam w Bangkoku. Ceny 50-100% wyższe niż na KhaoSanie. O co tu chodzi? Może oni bardziej niż w Bangkoku lubią się targować? Nic z tych rzeczy. Pierwsza, druga i każdą kolejna próba nawet nie zbliżała nas do cen ze stolicy. Udało się za to kupić ręcznie robione portmonetki w dobrej cenie. Szkoda, że rok później moja mam zalazła identyczne w Egipcie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAJesteśmy bardziej niż rozczarowani. Poddać się jednak nie możemy. Nim zarezerwowaliśmy wycieczkę oddaliśmy rzeczy po prania i mamy spore braki. Ja jakoś dam radę, ale dla Grześka potrzebujemy zrobić zapasy. Dwie pary slipek Calvina Kleina powinny załatwić sprawę chociaż bielizny na najbliższe dni. Łazimy wiec i szukamy. Rety u nas jest taniej. O koszulce przestaliśmy marzyć po 20 stoisku. Dla panów którzy choć raz w tygodniu odwiedzają siłownię i nie cierpią na anoreksję ciężko znaleźć cokolwiek. Jak nie za krótkie, to za wąskie lub w rękawach za ciasne. Z jedzenia tez rezygnujemy. Jeszcze po curry pękamy w szwach, a mamy jeszcze zapas owoców w pokoju.

W hostelu czeka na nas miła niespodzianka. Nasze ubrania są już gotowe do odbioru. Uff.. jednak mamy czyste ubrania. Całe szczęście bo nasz dzisiejszy zakup dla Grześka również okazał się niewypałem rozmiarowym. 300 batów poszło w diabłu. Dobrze, że za 60 mamy cała torbę czystego, wyprasowanego i pachnącego mydłem prania. Tym razem kładziemy się wcześnie spać.  W końcu o ósmej muśmy być przed naszą agencją, a  jeszcze śniadanko trzeba zjeść…

%d blogerów lubi to: