Archiwa blogu

Chatuchak weekend market

SAMSUNG CAMERA PICTURESPodobno dzieci lubią powtarzające się zabawy. Trzeba przyznać, ze po wylądowaniu cieszyliśmy się jak dzieci. Wszelkie kwitki niezbędne do wjazdu wypisaliśmy już w samolocie więc teraz czekała na nas szybka odprawa. Formalności załatwiliśmy naprawdę szybko. Chyba nigdy nie było tak krótkiej kolejki. Piękny uśmiech do zdjęcia i po chwili czekaliśmy na bagaże. Read the rest of this entry

Reklamy

Powrót do miasta aniołów

            Pierwszy dzień wyjazdu rozpoczął się od trwającej godzinę jazdy taksówką (o tym jak powinien wyglądać przejazd taksówką z lotniska do Bangkoku możecie przeczytać tu: https://thaiwhy.wordpress.com/2012/11/18/dzien-2-przylot-do-bangkoku/ ). Rejon w którym tym razem się zatrzymywaliśmy wybraliśmy ostatniego dnia naszego pobytu przy poprzedniej wyprawie. Mieścił się jakieś 10 minut spacerkiem od słynnego KhaoSanu, ale pozwalał się jednak od niego odciąć. Bliskość rzeki i park tym bardziej działały na jego korzyść. Nie wiedzieć czemu dojazd zajął nam tym razem z pół godziny więcej.

            Kiedy znaleźliśmy się w tamtej okolicy okazało się, że w Tajlandii rozpoczęły się strajki (ich pokłosiem była zmiana rządu w kraju). Część ulic była pozamykana, a na domiar złego nasz kierowca miał mniejsze pojęcie gdzie ma jechać niż my. Po dobie spędzonej w podróży to nie działa najlepiej na samopoczucie. Kręciliśmy się w kółko, licznik tykał, a my dalej nie byliśmy w swoim pokoju. W końcu Grzesiek podjął męską decyzję, kazał się zatrzymać i dalszą drogę postanowiliśmy pokonać pieszo. Pozostała jeszcze kwestia uregulowania rachunku. Po krótkiej wymianie zdań ustaliliśmy, że kwota 400 batów jest absolutnie maksymalną, jaką jesteśmy w stanie uiścić za usługę.

11

            Teraz już tylko trzeba było odnaleźć nasz hotel. Udaliśmy się w tym celu do agencji która znajdowała się dosłownie 5 metrów od miejsca naszej zsyłki. Szczęście nam sprzyjało. Kolejne drzwi prowadziły właśnie do naszego miejsca przeznaczenia. Pierwszy raz w Tajlandii spotkaliśmy się z sytuacją kiedy obsługa hotelu mówiła słabiej po angielsku niż ja. Do samego zameldowania nie było nam to potrzebne, ale wycieczek postanowiliśmy poszukać na mieście.

            Pokój był niewielki, ale z wygodnym łóżkiem i sprawną klimą. Kiedy ja się pucowałam Grzesiek już buszował po mieście i szukał informacji na temat wycieczek. Szkoda tylko, ze wychodząc zabrał ze sobą klucz pozostawiając mnie pod prysznicem bez prądu. Jedyne światło jakie miałam musiało więc wpadać do łazienki z korytarza . W połączeniu z lustrem wiszącym naprzeciwko prysznica dawało wrażenie, że zaraz przez uchylone drzwi wedrze się do łazienki dżungla a ja będę grać w reklamie Palmolive.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

            W planie mieliśmy odwiedzenie pływającego targu Damnoen Saduak, i Wodospadów Erewan. Z jakiegoś powodu jednak wszyscy odradzali nam ten pierwszy wyjazd. Że daleko, że bez sensu i w ogóle. I że jest piękniejszy targ w Amphawa, a dodatkowo połączony jest z wizytą Mae Klong Market gdzie przez targ przejeżdża pociąg i że jest super i piękne fotki i jakieś świetliki na koniec. A do tego wyjazd nie o 6 rano a o 13. Biorąc pod uwagę nasze wspomnienia z pierwszego dnia w Bangkoku rok wcześniej perspektywa pospania do 9 okazała się być bardzo kusząca. I tak zapadła decyzja.

            Nim ogarnęliśmy wszystkie kwestie formalne zaczęło się ściemniać. Co z naszymi kanałami? Idziemy do przystani, kupujemy bilet na szybką łódź, która ma nas dowieźć do części biznesowej. Kiedy dopływamy jest już całkiem ciepło. Jest w końcu chwila na to by dać znać, że żyjemy. „Cześć mamo dolecieliśmy, pogoda wbrew prognozom jest piękna. Pozdrawiamy”. I w tym momencie lunęło.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

            „Tajlandia położona jest w strefie klimatu zwrotnikowego monsunowego, z wyjątkiem południowej części, czyli Półwyspu Malajskiego, który położony jest w strefie klimatu równikowego.W Tajlandii można wyróżnić trzy pory roku:

–     Pora gorąca (marzec-maj) – bez deszczu, bardzo gorąco;

–     Pora deszczowa (czerwiec-październik) – deszcz prawie codziennie przez godzinę lub dwie, albo przez kilka godzin w nocy, gorąco;

–     Pora chłodna (listopad-luty) – niewielkie opady deszczu, nieco chłodniej.” Tyle w wielkim skrócie na temat klimatu (etajlandia.pl).

I gdybyśmy poprzestali na pierwszym wyjeździe to z pewnością zgodzilibyśmy się z tym w 100% (może tylko ta „pora chłodna” to nie najdokładniejsze określenie). Okazało się bowiem, że w Bangkoku już nie zobaczymy słońca, a i te godzinne deszcze mocno się przeciągną. Czy było to uciążliwe? Tak i to nawet bardzo. Ale o tym w kolejnych wpisach.

No ale wróćmy na nasze łódki. Stoimy w przystani i czekamy aż przestanie lać. Ale nie przestaje. W końcu się poddajemy i postanawiamy wrócić. Łodzie są osłonięte od deszczu,  nie na tyle by nie padało na nas całą drogę, ale wystarczająco byśmy nic już nie zobaczyli. Trudno, może następnym razem dopisze nam szczęście.

Tuptamy na KhaoSan, pałaszujemy kolacje, kupujemy piwo w 7 eleven i udajemy się do hotelu. Po piwku melatonina i koło 1 idziemy spać. Jest o 3 godziny lepiej niż przed rokiem.

Dzień 22 – żegnaj Bangkok, kierunek Warszawa

Ostatni dzień naszego pobytu w Tajlandii rozpoczynamy w autobusie podziwiając w telewizorze relacje z wczorajszych obchodów urodzin monarchy. Wilgotnymi chusteczkami doprowadzamy się do porządku, wcinamy ciastka i gotowi jesteśmy do ostatecznego podboju. Wychodzimy i oczywiście od razu otacza nas stado naganiaczy oferując transport. Jak zwykle ja robię za bagażowego,  a Grzesiek idzie poszukać jakiejś taksówki w normalnej cenie. Po chwili wraca i już za chwilę jesteśmy w drodze na Khao San.

Nie udało nam się zarezerwować pokoju w tym samym hotelu co ostatnio (to tak ku przestrodze dla tych którzy planują rezerwować pokoje na miejscu – w sezonie nie jest o to zbyt łatwo) więc zatrzymaliśmy się w sąsiednim. Na szczęście nie kazano nam czekać do 14 zakwaterowaniem, ale do tego to już troszkę się przyzwyczailiśmy. Zapomnieliśmy jednak, ze w Bangkoku wnosi się kaucję za pokój. A po cóż nam kolejny 1000 Thb. Udaje nam się zamienić kaucję na paszport. Pokój jest na 3 piętrze, a w hotelu nie ma windy. Masakra. Jakoś udaje nam się wejść po mega stromych schodach, ale łatwo nie jest. Pokój jest mikroskopijny, nie ma okna (jest tylko w łazience) i ma tylko jedną małą lampkę. Czuję się jak w grobowcu.

No, ale nie przyjechaliśmy tu siedzieć w pokoju. Zostawiamy rzezy i idziemy nadrobić zaległości. Głodni oczywiście ogromnie. Marzy mi się Tom Yum, ale oczywiście jak zwykle nie mogę go znaleźć. Zamawiam więc Spring Rolsy, zupę kokosowa i masę innego jedzenia. Chcemy na zapas najeść się tymi pysznościami. Niewyspanie daje się jednak we znaki. Czas na kawę. W tej knajpce nie mają, ale pozwalają zamówić u obwoźnego handlarza. Że też my wcześniej na tę kawę nie trafiliśmy. Co za obłęd. Jest mocna, gęsta, słodka. Jeśli ktoś kiedyś pił kawę po wietnamsku to bardzo podobna tylko jakby jeszcze z dodatkiem kardamonu. A może to taki rodzaj kawy był. No nieziemska. W wielkim menu odnajduję tom yuma.  Chyba pęknę.

Dla spalenia kalorii robimy obchód po straganach. Zostało nam trochę pieniędzy, wiec może uda się coś upolować. Ciężko nam jednak to idzie. Jak już nawet coś znajdziemy, to targować się nie mamy ochoty. I jeszcze stado pouczających nas Polaków, którzy pozjadali wszystkie rozumy, bo przeczytali coś na takim blogu jak ten. Nigdy im nie wierzcie. Nawet gdyby mieli mieć rację to sprawdzajcie sami i doświadczajcie wszystkiego sami.

Minęło południe, wylot mamy rano więc chyba już można się odprawić. Wracamy do pokoju po rezerwacje. I nagłe słyszę ostatnie słowa polskich pilotów w Smoleńsku. Ja nie wiem skąd mi się ubzdurało i czemu tego nie sprawdziliśmy wcześniej, ale jutro o 7 to my mamy wylot, ale z Londynu. Na szczęście człowiek nieświadomy to człowiek zadowolony. Opatrzność zaś czuwa nad nami przez ten wyjazd. Wylot jest za 12 godzin. Nie spędzimy wiec już ten nocy na Khao Sanie. Trudno. Dobrze , że choć zdążymy na samolot.

Udaje nam się zarezerwować ostatnie dwa miejsca obok siebie w samolocie. Uff.. Tym razem nie pojedziemy na lotnisko taksówką. Z hotelu zamawiamy busa. Zaoszczędzimy w ten sposób jakieś 100 thb. Zakładając , że kierowca włączyłby nam licznik. To niby nie wiele, ale zawsze coś. No i ominie nas ustalanie cen w taksówkach w godzinach szczytu.

Teraz nerwowo poszukujemy targu. Wiemy, że w tej części miasta nie znajdziemy już nic o tej porze, ale jest targ na drugiej stronie rzeki. I jeszcze jakiś market spożywczy. A na cóż nam market? Wchodzimy do jakiegoś sklepu z lokalnymi przysmakami i bierzemy wszystko nie wiedząc nawet co to jest. Nie są to drogie rzeczy więc możemy poeksperymentować. Jakieś kosmetyki i inne cuda. Oczywiście pastę curry na kilogramy. Zanosimy wszystko do pokoju i zaczynamy szukać zieleniny. Zawsze wszędzie było jej pełno a teraz nic.

W ramach relaksu zachodzimy na Changa. Odeszliśmy raptem kawałek od Khao Sanu a czujemy się jak w zupełnie innym miejscu. Na stoliku obok stoi choinka przypominać o tym, że mamy zimę. Jakoś to do nas nie dociera. Święta za dwa tygodnie? Nawet prezentów nie mamy.

Czas biegnie zdecydowanie zbyt szybko. Przeprawiamy się na drugą stronę rzeki na targ. A tam ciuchy, ciuchy i jeszcze raz ciuchy. Nigdzie nie ma jednej pałki trawy cytrynowej. No dobra poszukamy tego marketu. Przeprawiamy się znów na drugą stronę. Przy okazji postanawiamy się troszkę rozejrzeć po okolicy. Tu naprawdę jest miło. Naszą kolejną wyprawę do Tajlandii zaczniemy w tym miejscu.

W końcu trafiamy do rzeczonego marketu. Okazał się być strzałem w dziesiątkę. Jest tu absolutnie wszystko i ceny są bardzo konkurencyjne. Bierzy sosy rybne, ostrygowe, oczywiście trawę cytrynową, świeży pieprz, bazylie. Jakaś ekspedientka informuje nas, że to nie jest ta bazylia której chcemy. Rety oni mają tu z 5 rodzajów bazylii. Pani jest przemiła, mówi świetnie po angielsku i bardzo kompetentnie kompletuje nam niezbędnik. Po powrocie okazało się, że zakupy nie były w 100% dobrze przemyślane, ale o tym w części poświęconej zakupom.

Mamy już w sumie wszystko czego potrzebujemy. Została nam jeszcze sukienka której z jakiegoś powodu nie chcą mi sprzedać za tyle ile bym chciała, ale mamy jeszcze chwilkę na targowanie więc może się uda i możemy szykować się do drogi.

Ubrani w długie spodnie omal nie rozpłynęliśmy się czekając na busa. A w nim tylko jeden temat. O rety smutno wam? A w Norwegii to jest pół metra śniegu, a w Polsce -10 stopni, Hiszpanom jest troszkę lepiej. Wszyscy zdołowani, ale każdy ma pełno wrażeń i wspomnień. Podróż trwa dość długo. Samo wyjechanie z Khao Sanu zajmuje nam ponad pół godziny. Na lotnisku jesteśmy jednak o czasie.

Odprawiamy się i już za chwilkę będziemy w samolocie. W punkcie odpraw poznajemy wiele osób z którymi lecieliśmy w tamtą stronę. Czy im też nie chce się stad wyjeżdżać? Czy oni wrócą tu jeszcze kiedyś? My z pewnością. Wsiadając do samolotu nie spodziewaliśmy się, że tak szybko.

Dzień 4 – Vimanmek

Kolejny poranek przynosi powtórkę z rozrywki. Tym razem udaje mi się jednak zmusić do jedzenia trochę wcześniej. Dziś zjadłam pierwszego pad thai’a. Pyyycha. tajlandia 192Szkoda, że tak mi jest źle. Grzesiek też nie czuje się rewelacyjnie, ale on jakoś lepiej znosi to wstawanie o nieludzkiej porze (9 rano). Wypijamy kawę z Mc’Donalda (do tego drogą i niesmaczną, lepiej kupić wersję tajską na straganie, o czym przekonaliśmy się później) i szukamy taksówki. Dziś wizyta w Pałacu Vimanmek. Jest to letnia rezydencja króla połączona z muzeum. Warto odwiedzić ją w drugiej kolejności, gdyż kupując bilet do kompleksu pałacowo świątynnego (dzień 3) dostajemy również bilet do Vimanmek. Nam niestety jeden się zawierusza więc jeden dokupujemy. Tu również warto pamiętać o odpowiednim stroju. Zwiedzanie pałacu odbywa się z przewodnikiem. W zależności od języka grupy zbierają się o różnych godzinach. Miało to bardzo duży plus,gdyż orientujemy się, że przestawiając zegarki w Londynie, a potem w Bangkoku źle ustawiliśmy godzinę i jest kolejną godzinę później niż myśleliśmy. Przewodniczka była wsOLYMPUS DIGITAL CAMERApaniała i urocza. Mówiła po cichu i z takim namaszczeniem wypowiadała za każdym razem imię króla, że czuło się niesamowitą miłość tego narodu do jego osoby. Jeśli ktoś sądzi, że jest to tylko na pokaz to może się bardzo zdziwić, gdy Tajowie z dumą będą pokazywać podobiznę króla na banknotach (i wszechobecną na ulicach) i mówić, że to ich król. Pałacyk jest ładny, drewniany zbudowany w stylu Wiktoriańskim, aż by się chciało w nim zamieszkać, choć przepychu w nim nie ma. Wszystko jest z drewna w stonowanych kolorach.Trochę pamiątek rodzinnych, trochę eksponatów. Cisza i święty spokój. Czułam, że odpoczywam. Przy wyjściu czekała nas tajlandia 296tajlandia 295niespodzianka. Pierwszy deszcz jaki napotkaliśmy oraz wielgachny jaszczur.W ramach przeczekiwania deszczu skusiliśmy się na kokosa. Nie jest to smak którym byłabym zachwycona, ale Grześkowi przypadły do gustu. Trzeba iść dalej. Wychodzimy na ulicę i zaczynamy szukać taksówek. W końcu udaje nam się jakąś znaleźć i jedziemy do domu Jima Thompsona. Oczywiście w międzyczasie znowu zaczyna padać (jestem przerażona, że nie skończy przez następne 3 tygodnie). Swoją droga deszcze w Tajlandii to jest moc. Jeśli nie masz parasola w około 3 minuty nie zostanie na Tobie ani jedna sucha niteczka. Jeśli masz parasol to zajmie to może z 10 minut. OLYMPUS DIGITAL CAMERANie zmienia to faktu, że po takim deszczu wszystko ożywa. Powietrze staje się czystsze. Dom Jima Thompsona obejrzeliśmy tylko z zewnątrz. W sumie w ogóle nie był on jakimś punktem mocno planowanym, ale skoro starczyło czasu to warto było go obejrzeć. I przeczekać tam deszcz. Poza muzeum znajduje się tam też restauracja więc jeśli ktoś ma ochotę zjeść coś w pięknym otoczeniu to powinien być zadowolony. I oczywiście sklep z wyrobami z jedwabiu. Ceny oferowanych tam produktów w porównaniu do cen podróbek oferowanych na Khao Sanie mogą być powalające, jednak jeśli wziąć pod uwagę ich jakość to zakup wart jest rozważenia. Można tam kupić piękne chusty, bluzki, torebki.  Jeśli ktoś namyśli się później to sklep Jima Thompsona znajduje się również na lotnisku w BKK.  Ceny są jednak dwukrotnie wyższe. Kiedy deszcz trochę ustał postanowiliśmy dostać się do centrum handlowego MTB.  OLYMPUS DIGITAL CAMERACiężko mi znaleźć polski odpowiednik do którego mogłabym to porównać, ale to takie połączenie galerii handlowej z bazarem. Wszystko zależy od tego, na które piętro się udamy. Jeśli naprawdę planuje się coś tam kupić, warto zarezerwować co najmniej 5 godzin. My niestety mieliśmy czas tylko na szybkie i pobieżne zorientowanie się w towarach, cenach i musieliśmy wracać do hotelu, gdyż o 20.30 chcieliśmy wyjechać do Ayuthay’i. Wychodzimy i szukamy postoju taksówek.  Znajdujemy mówimy, że chcemy jechać na Khao San Road a Pan nam na to 300 batów. Ile? Przecież ten kurs nie powinien kosztować więcej niż 100. Idziemy więc do kolejnego. To samo. Kilku rzuciło cenę 250. Łapiemy po kolei każdą taksówkę. Nikt nie chce włączyć taksometru. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że w momencie największych korków cenę kursu ustala się z góry, gdyż wtedy ruch nie odbywa się zbyt płynnie. No właśnie, a co do ruchu w BKK. Generalnie samochodów jest tam pełno. Chwilami zastawiałam się, jak możliwa jest tam jazda. Na 3 pasmowych ulicach mieszczą się 4 pasma samochodów. Wyprzedza się, jeśli znajdzie się gdzieś szczelinę szerokości własnego auta.  Cały czas ma się wrażenie, że dojdzie do wypadku.  A jednak nie dochodzi.  Samochody jada wolno ale płynnie.  I póki nie stanie się na światłach (które trwają około 2-3 minut) lub nie utknie na zakręcie (2-3 minuty świateł czekania żeby przejechały 4 samochody) to można przejechać sporą odległość w krótkim czasie.OLYMPUS DIGITAL CAMERAW końcu jakiś taksówkarz mówi 150 batów. Grzesiek kręci nosem, ale ja wolę nie tracić czasu i jakoś namawiam go na wejście. Kiedy utknęliśmy już przy samym Khao Sanie zdaliśmy sobie sprawę ze to była dobra decyzja, bo taksometr wybiłby pewnie znacznie więcej. Idziemy do hotelu odebrać bagaże z przechowalni (co ciekawe w BKK przechowalnie bagaży w hotelach są płatne). Zapłaciliśmy 80 batów za 2 walizki i możemy ruszać dalej. Dla osób które planują w międzyczasie zwiedzania do BKK wracać dobrą opcją może być zostawienie takiego bagażu na dłuższy czas i wymienianie tylko rzeczy. O ile mnie pamięć nie myli to bagaż można zostawić na 3 miesiące. Czy są wówczas jakieś upusty tego niestety nie wiem. Z walizkami idziemy na ulicę.  Znów zaczyna się jazda z taksówkami.  Gdyby nie ta walizka to bym wsiadła powiedziała gdzie chce jechać i cóż, kierowca nie miałby wyboru a tak? Jesteśmy skazani na ich łaskę i nie łaskę. W końcu któryś oferuje rozsądniejszą cenę. Wiemy, że przepłacamy, ale jakoś na dworzec musimy się dostać.

Dzień 3 – Bangkok

Wstaliśmy o 9 i postanowiliśmy iść na basen.Znajdował się on na dachu hotelu. Jakoś musieliśmy się obudzić, a nic lepszego nie przyszło nam do głowy. Zetknięcie ze światłem tajlandia 057słonecznym po 40 godzinach mroku nie było miłym doznaniem. Zrobiliśmy po 5 długości basenu i postanowiliśmy napić się kawy. Tyle zwiedzania przed nami, temperatura rośnie, a ja marze tylko o powrocie do łóżka. Brzuch mnie boli i jest mi niedobrze. Mój organizm twierdzi, że wbrew temu co mnie otacza jest 3 w nocy i pilnie potrzebuję wrócić do pozycji horyzontalnej. I tak kolejne 3 godziny. W końcu udało się coś zjeść i ruszyć w drogę.

Do kompleksu świątynnego postanowiliśmy się przespacerować. W końcu po to zdecydowaliśmy się na nocleg w tamtych rejonach, żeby nie musieć dojeżdżać.Doczłapujemy się do wejścia i okazuje się, że Grzesiek jest nieodpowiednio ubrany. Idzie stanąć w magicznej kolejce do wypożyczenia jeszcze magiczniejszych spodenek.  Ja tymczasem poszłam załatwić bilety.

Wróciłam i czekam. 10 minut, 20, 45… w końcu się doczekałam. Idziemy wejść. Zbliża się godzina 14. Nagle przy wejściu okazuje się że moja bluzka również nie jest odpowiednia.   Zaraz się powieszę. Biegniemy kupić coś dla mnie. Nie mamy ochoty tracić kolejnej godziny w kolejce. W tajlandia 131końcu udaje nam się wejść na teren świątynny.  Pierwsze wrażenie było nie najlepsze. Każda świątynia w innym stylu, wyglądało to jak przekrój przez architekturę Tajlandii na przestrzeni wieków. Miało to jednak swój urok, a przepych powalał. Szkiełka, złoto i jeszcze trochę złota. W samym centrum wielka świąwego Buddy. Zdejmujemy buciki i wchodzimy do środka. Wnętrze świątyni jest jeszcze bog rzeźb ciężko cokolwiek zobaczyć. Posąg nie jest dużych rozmiarów. Ustawiony jest w samym centrum świątyni. Z przodu modli się wielu Buddysów. Turyści raczej trzymają się z tyłu. Właśnie stoimy przed największą świętością Tajów.

Z kompleksu świątyń przedostajemy się na teren Pałacu Królewskiego.  Jest gorąco, a nam skończyła się woda. Chcemy coś kupić, ale okazuje się, że woda w budce się skończyła. A niech będzie i ten napój z granatów. Fuj!!! jakie to słodkie. Gdyby zachować butelkę to odnajdujemy kranik z woda pitną. Chyba zaraz wyciągnę jakąś ze śmietnika albo umrę z odwodnienia. Ale nie poddajemy się i zwiedzamy dalej. W końcu trafiamy na knajpkę, gdzie można kupić wodę. Czuję się jak zdobywca.  Nie wiem, która była godzina, gdy wychodziliśmy na zewnątrz, ale to co dało się odczuć to ze temperatura stała się znośna. Dalej było bardzo ciepło, jednak żar nie lał się już z nieba. Z czasem miało się okazać że godzina 15 jest taką graniczną między ciepłem znośnym a tym trochę mniej.

Wychodząc z Pałacu przyjmujemy azymut na rzekę i udajemy się na jej drugą stronę do świątyni Wat Arun.

tajlandia 145tajlandia 179 To jedyne miejsce w Tajlandii w którym widziałam posąg grubszego Buddy. Po raz kolejny czuję, że nie jestem dobrze przygotowana do wyjazdu.Większość świątyń, które zwiedza się w Tajlandii nie posiadają wnętrza.   Ta również. Zwiedzanie polegało na wdrapaniu się na jej szczyt co w mojej mega długiej spódnicy nie okazało się łatwe.  W końcu po zaplątaniu kilku supłów jestem w stanie wspinać się po prawie pionowych schodach. Z zejściem będę miała jeszcze większe problemy. Za to widok jest oszałamiający 🙂

Kolejny punkt programu to Chińska dzielnica. Ale zanim tam dojdziemy chcemy się dostać na dworzec kupić bilety do Ayuthaii. Bierzemy w dłoń mapę. Patrzymy. Prosto jedną ulicą i OLYMPUS DIGITAL CAMERAbędziemy na miejscu. Na oko jakieś półtora kilometra. Jakiś pan proponuje nam tuk tuka ale postanawiamy zrobić sobie spacer. Przejdziemy chińska dzielnicą to od razu coś pooglądamy. Idziemy i Idziemy a końca nie widać. Po dwóch godzinach zaczęłam wątpić czy ten dworzec kolejowy w ogóle istnieje. Kiedy doszliśmy na miejsce nie czułam nóg.  Podchodzimy do pani z informacji. Ta jest przemiła daje nam rozkłady i informuje, ze do Ayuthai to kupuje się bilecik w dniu podróży. Zaraz zacznę płakać. Ale chociaż mamy rozkład jazdy pociągów na całej trasie.  Siadamy na schodach bo nie mamy już siły na nic. Jest już ciemno, przed nami dalsze zwiedzanie, a jedyne o czym marzymy to o masażu stóp. W drugą stronę nie chcemy już iść. Wyjazd miał być niskobudżetowy, ale trudno, wsiadamy do taksówki. Prosimy Pana żeby zawiózł nas gdzieś gdzie zjemy dobre owoce morza. Wysadza nas na głównej ulicy China Town pod najbardziej obleganą knajpą.

Jeśli kiedykolwiek zobaczcie zdjęcia z tej części BKK i mowa będzie o jedzeniu to na 95% będzie to właśnie to miejsce. Taksówka kosztowała nas kilka złotych. Cóż za skąpstwo się płaci odciskami. Zrobiliśmy mały rekonesans i postanowiliśmy wrócić do polecanej knajpki. Siadamy i zamawiamy talerz krewetek,tajlandia 239 kalmarów i jakiś makaron z krewetkami. Ach no i oczywiście Chang. Jedzenie było obłędne. Rachunek: 690 batów. To najdroższy obiad jaki udało nam się zjeść przez cały pobyt. Z resztą ceny w ChinaTown nie należą do najniższych. Wszystko co można było tam kupić w innych rejonach byłoby tańsze więc na zakupy nie polecam się tam nastawiać.  Za kolejne kilkadziesiąt batów wracamy do hotelu. Jeszcze kilka drinków i można iść spać. Tym razem postanawiamy zaopatrzyć się w limonki żeby choć trochę przełamać słodycz soków i napoi. Jest wspaniale. Znów nie śpimy do późna.

Dzień 2 – Bangkok

Lotnisko jest spore, nikt nic nie wie, nikt nie mówi po angielsku. A mimo to jakoś się udaje wypełnić wniosek wizowy i przejść wszystkie odprawy. Kantor na lotnisku ma całkiem niezły kurswymiany. Potwierdzają się historie, że kurs walut zależy on wymienianego nominału. Im wyższy tym korzystniejszy kurs, choć nie są to różnice wielkie. Mamy już troszkę pieniążków w kieszeni więc ruszamy w poszukiwaniu transportu.

Wychodzimy z lotniska. Rety jak tu gorąco. Trzeba było jednak wymienić buty na sandałki. Ale dość narzekania. Przed nami postój taksówek i informacja jak z nich korzystać. Dajemy pani 50tajlandia 029 batów i wsiadamy do wozu. Pan włącza licznik odjeżdża 50 metrów i staje. Nie wie gdzie ma jechać. Oczywiście jesteśmy dobrze przygotowani. Razem z adresem mamy podrukowane mapki. Pan ogląda ją na wszystkie strony. Jakby pierwszy raz widział mapę na oczy. Myśli, myśli, w końcu rusza. Autostradę mamy po swojej prawicy a my mkniemy jakąś boczną dróżką. Zaczynamy wnikliwie studiować regulamin korzystania z taksówek i sposoby reklamacji. Nagle wjeżdżamy na autostradę.  Pan każe nam przygotować pieniążki na winiety. My nie mamy drobnych. Ale jedziemy. Pomalutku zaczynam się uspokajać. Podjeżdżamy pod pierwszą bramkę. Bez problemu dostajemy resztę (rety pani nie zapytała czy może być bez grosika). I tak jeszcze dwa razy. Za każdym razem taksówkarz oddaje nam resztę do ręki.

W okolicach KhaoSan trochę krążymy. Ale w końcu podjeżdżamy na naszą ulicę, Pan palcem wskazuje nam nasz hotel. Rachunek 270 batów. Za przyjechanie około 40 km to świetny wynik. Już mi się podoba. Po 20 godzinach spędzonych w drodze marzymy o prysznicu. Wchodzimy do hotelu. Pokój jest skromny. Nawet bardzo. Trochę to przeraża biorąc pod uwagę, że to najdroższy jaki mamy zarezerwowany. Ale przecież nie przyjechaliśmy tu siedzieć w pokojach. Myjemy się i lecimy na miasto. Przede wszystkim musimy coś zjeść.  tajlandia 047Wszystko pięknie pachnie… problem polega na tym, że nie mamy pojęcia co jest czym, a jak już wiemy, to nie wiemy jak się nazywa. A więc wybór pada na robala. Wygląda to jak mega przerośnięta krewetka (którą podobno to nawet było).  Ja pierwszy raz na oczy widziałam coś takiego. Jest duże, ma około 30 cm długości i jest szare nawet po ugrilowaniu. Ale smakuje jak krewetka więc może naprawdę nią jest. Tak czy inaczej na zawsze pozostało już w naszym słowniku pod hasłem ROBAL. Do tego makaronik z warzywami. W makaroniku pełno liści i jakiś badyli. Te badyle to trawa cytrynowa. Cóż moje pojęcie na temat tajskiej kuchni ograniczało się do tego ze jest tania i że je się zupę kokosową, która na samą myśl przyprawiała mnie o mdłości.  W każdym bądź razie dobrze mnie rodzice wychowali, dali mi coś dobrego do jedzenia to wybrzydzać nie można. Ale te badyle ciężko się gryzie. Odkładam je na bok i z wielkim wstydem zostawiam na talerzu. A przecież ta pani co to gotowała była taka miła. A tu przyjeżdża blada twarz i grymasi. Całe szczęście po tygodniu już wiedziałam że te badyle są niejadalne. Trochę mi ulżyło 🙂  Zjeść mieliśmy ochotę wszystko ale o tym w dziale kulinaria.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAPierwszy wieczór zgodnie z planem spędziliśmy na KhaoSanie. Stragany, straganiki i jeszcze trochę straganów. A Do tego knajpki z głośną muzyką, piwem. Byłam oszołomiona. Być może nikt nie proponował nam picia krwi węża, a turystów było więcej niż Tajów to i tak czuło się orient. Mimo wcześniejszych planów, że grzecznie o północy pójdziemy spać, kompletnie nie czuliśmy się senni. Chciało się wszystkiego dotknąć, wszystko poczuć, spróbować.  W końcu wylądowaliśmy w pokoju, zrobiliśmy sobie po drinku i.. rety jakie tu wszystko jest słodkie. Ale daliśmy radę. W końcu koło 2 postanowiliśmy iść spać. Nie daliśmy rady, przegadaliśmy kolejną godzinę. Koło 3 wiedzieliśmy, że następny dzień będzie ciężki, ale nie spodziewaliśmy się, że tak bardzo.

Dzień 1 – wylot

Od czego się zaczęło?

Tego już najstarsi górale nie pamiętają. Fakt jest faktem, że po wielu kombinacjach w końcu pojawiła się opcja Tajlandia. Bilety drogie jak diabli, ale jak się człowiek napali to już żadna tajlandia 006siła go nie powstrzyma. I nas też nie powstrzymała. W ten oto sposób 7 września zarezerwowaliśmy lot. British Ariways wylot 27 listopada, osiem godzin postoju w Londynie i 28 listopada wieczorem mieliśmy się znaleźć w Bangkoku. Zaczęły się gorączkowe przygotowania. Niby tyle czasu, a tu nagle na wszystko go brakowało. W biegu robione szczepienia (ich konieczność jest wątpliwa póki nic się nie stanie), załatwiane ubezpieczenie (zdecydowaliśmy się na PZU z uwagi na najkorzystniejszy stosunek świadczeń do ceny), zakupy, ustalanie trasy, rezerwowanie hoteli… Były chwile kiedy się odechciewało. Ale w końcu nadszedł dzień wylotu. Stawiliśmy się na lotniku punktualnie. Odprawę załatwiliśmy on-line,dzięki temu wszystko na lotnisku zajęło nam chwilkę. Krótki obchód po strefie bezcłowej i wylot do Londynu. Lot był przyjemny, stewardessy miłe, piwo zimne. Nim się obejrzeliśmy wylądowaliśmy na Heathrow . Jeszcze tylko 5 kontroli i będziemy mogli wydostać się z lotniska.. rety myślałam, ze wszyscy jesteśmy w UE.

Kilkugodzinny postój postanowiliśmy spożytkować na zwiedzanie Londynu. No nic. Biegniemy na pociąg żeby nie tracić czasu. Ja jestem panikarą, więc robimy sobie sporą zakładkę czasową na powrót. Wysiadamy na Piccadilly i mamy cel. Big Ben i London Eye.. wszystko inne przy okazji. Na koniec wizyta w GAPie i szybki powrót na lotnisko. Wychodzimy z GAP’a, kierujemy się w stronę stacji Piccadilly , a tu niespodzianka, zastajemy zamknięte bramy do metra. Tego to nawet w najczarniejszych snach się nie spodziewaliśmy. Rzut oka na aktualny czas i godzinę wylotu. Powoli zaczyna nam się robić ciepło, a tu zero informacji, zero pomysłów jak z tej sytuacji wybrnąć. Po ok 30 minutach poziom paniki jest już na granicy ludzkiej wytrzymałości. Już rozglądam się za solarami (przecież nie przyznam się nikomu, że nie dolecieliśmy) i knuję jak wytłumaczyć brak zdjęć). Ale przecież nie poddalibyśmy się bez walki. Nie znamy miasta, ale przecież muszą być jakieś inne stacje metra. Ustalamy azymut i biegniemy. Kalkulujemy czy korek na mieście pozwoli nam przedostać się przez nie taksówka. Chyba nie da rady. Widzimy stację. Otwarta. Biegniemy. Przyjeżdża nasz pociąg. Kamień z serca. Teraz już może być tylko przyjemnie. I było.

Lot opóźnił się o godzinkę. Ale po wcześniejszych przejściach jak samolot cofa się z pasa startowego to już nie jest powód do zdenerwowania. Żartuję. Ja się denerwowałam. Grzesiek spał. Czy jestem jedyną osobą w samolocie, która nie może zasnąć? Ale było ciasno. Panowie z boku śpią, a ja muszę wyjść do toalety. I kto powiedział że miejsca przy oknie są najlepsze. Co za diabeł mnie podkusił? I tak kazali zasłonić okna. Grzesiek włącza „facetów w czerni” ja nic nie rozumiem, ale film znam na pamięć. On śpi, a ja oglądam. W końcu i ja zasypiam. Na 15 min. I tak całą noc. Zbliża się 16 czasu lokalnego. Dostajemy śniadanie. Nawet nie sadziłam, że to rozregulowanie czasowe tak źle wpłynie na moje samopoczucie w najbliższych dniach. W końcu lądujemy.

%d blogerów lubi to: