Archiwa blogu

Dzień 5 – Ayutthai’a

Obudziliśmy się dość wcześnie. Było pewnie koło 6 rano. Byłam nawet wyspana, ale Grzesiek ledwo żył. Sympatyczny pan zamiatał chodnik. Taką mięciutką szczotką na kiju. Grzesiek po dziś dzień wspomina jak pękała mu od tego głowa. Postanawiam iść spać dalej. I to był mój błąd

tajlandia 302Po dwóch godzinach czuję, że i ja umrę. Jest mi słabo i niedobrze. Tym razem nie wiem czy to gin, czy znów niewyspanie. Kiedy ten poranny koszmar w końcu się skończy. Po dwóch godzinach decydujemy się wstać, ale ja dalej nie jestem w stanie. Koło 11 zbieramy się na śniadanie. Było pyszne, herbata jak na mój stan o 3 razy za mała. Zjadam i wcale nie czuję się lepiej. Przytłacza jeszcze fakt, że jesteśmy mocno spóźnieni.

Okazuje się, ze autobus którym planowaliśmy jechać dalej odjeżdża o 15. Jeśli nawet byłyby jeszcze wolne miejsca to nie zdążymy na niego. W końcu tradycyjnie w południe moje samopoczucie się poprawia i postanawiamy ruszyć na zwiedzanie, a kwestią wyjazdu zająć się gdy dotrzemy na dworzec. W końcu skoro już tu dojechaliśmy to warto by było zobaczyć coś więcej niż tylko ogródek.

Właścicielka proponuje nam wynajęcie tuk tuka, my jednak decydujemy się zwiedzać na własną rękę. Bierzemy mapę i ruszamy. Okolica przy pełnym słońcu nie była już tak urocza. Rzeka która miała płynąć obok okazała się być niemal wyschniętym, brudnym kanałem, ale na wprost wypatrujemy pierwszą świątynie.

Dochodzimy te 50 metrów, a ja znów zaczynam się źle czuć. Kurcze ale upał. Uwielbiam upały, ale nie kiedy się źle czuję. Postanawiamy chwilę odpocząć pod drzewem. W takim tajlandia 347tempie to możemy wiele nie zobaczyć. W końcu podejmujemy męską decyzję i postanawiamy dostać się do głównych zabytków miasta. Ale w którą iść stronę? Niby ulice są opisane, ale tylko na skrzyżowaniach i tak jakoś  dziwnie pod kątem, że nie wiadomo która jest która. To może zorientujemy się po kanałach. Ale te idą w każdą stronę. A świątynia? Znamy nazwę, ale w połączeniu z dwiema pozostałymi niewiadomymi nie jest punktem odniesienia. Trzeba jednak podjąć jakąś decyzję. Idziemy przed siebie.

Po 30 minutach dochodzimy do wniosku , że to chyba nie był dobry wybór. Upał jest niemiłosierny a my nie wiemy gdzie mamy iść. Postanawiamy zasięgnąć języka u miejscowych. Pani w knajpce nie mówi po angielsku, ale w pół minutki organizuje swoją koleżankę. Pokazujemy jej mapę, a mi przed oczami pojawia się taksówkarz z Bangkoku. W końcu nie udaje nam się ustalić naszej pozycji na mapie, ale Pani każe nam wrócić do punktu wyjścia i skręcić a lewo. Tej opcji w ogóle nie przewidywaliśmy. Ale ruszamy. Po kolejnych 30 minutach jesteśmy już zmęczeni zgrzani i w tym samym miejscu co przed dwiema godzinami.

Kiedy trafiamy na turystyczny szlak wszystko staje się proste. Kiedy trafi się na pierwszą świątynię pozostałe będą już w zasięgu wzroku, a jeśli nie będą to znajdą się jakieś znaki.

Świątynie Ayutthayi nie robią na nas powalającego wrażenia. Większość z nich jest zdecydowanie mocno podupadła. Nawet największa atrakcja Wat Phra Mahathat z głową Buddy wyłaniającą się z korzeni nie powala nas na kolana. Ale mamy poczucie spełnionego obowiązku i ruszamy w stronę dworca.

tajlandia 374Samo miasto Ayutthaya jest dość przyjemne i gwarne jak chyba wszystkie w Tajlandii. Na ulicach jest dużo samochodów a wokół pełno straganów i stoisk z jedzeniem. Wszędzie unosi się zapach trawy cytrynowej. Na ulicach kreci się mnóstwo młodych ludzi w mundurkach z nienagannie wyprasowanymi kołnierzykami. Aż zastanawia jak po całym dniu spędzonym w szkole ich ubrania mogą być takie świeże.

Po drodze głodniejemy, a naszym oczom ukazuje się Pani robiąca naleśniki z bananami. Już mi ślinka cieknie. Znów pilnuję naszych rzeczy, a Grzesiek idzie na zakupy. Stoi tam i stoi. Jakby banany tam dojrzewały do tego żebyśmy je zjedli. Mija 20 minut, a w końcu widzę że niesie jakiś pakunek.

tajlandia 383Zamawiając w Bangkoku podobne cudo przystosowane jest do turystycznych możliwości czyli odpowiednio pocięte aby skonsumować to w biegu. Tu jednak nasz naleśnik został polany słodkim mlekiem, posypany cukrem, owinięty w papier i tak oto mi podany. Byłam tak zła, że straciłam apetyt. Ale w końcu przerobiliśmy plastikowy kubeczek na sztućce i postanowiliśmy się z nim rozprawić. Mleko lało się nam po rękach wszystko wywalało, ale daliśmy radę. Było to smaczne, nie powiem, ale drugi raz bym się nie skusiła. Dobrze że mieliśmy zapas chusteczek myjących i żeli antybakteryjnych. Po dwóch minutach udało nam się zmyć z siebie resztki jedzenia.

Ruszamy w stronę dworca. Zamiast przepłynąć łódką, idziemy do mostu. Ale ja to mam pomysły. Widzę, że Grzesiek już mnie nienawidzi. Ja siebie samej też. Co najmniej jakbyśmy za mało jeszcze dziś chodzili. Ale udaje nam się dotrzeć na dworzec, udajemy się do kasy i mamy niemiłą niespodziankę. Wszyscy bardzo zachwalą nocne pociągi jeżdżące po Tajlandii jednak dostanie biletów na miejsca leżące nie jest taką prostą sprawą.

Mamy dwie opcje do wyboru. Wagon klimatyzowany i jazda na stojaka albo z wiatrakiem ale jeszcze jakieś miejsca siedzące. Wolę siedzieć zwłaszcza, że następnego dnia mamy zwiedzać. Dobrze by było się przespać choćby na siedząco. W rezultacie okazało się to być bardzo dobrym wyborem.

Kiedy kupiliśmy bilety udaliśmy się na przystań i za jakieś kosmiczne 3 baty przeprawiliśmy się przez rzekę. Potem tylko godzina marszu do guesthausu i byliśmy gotowi do odjazdu. Jednak nasz pociąg miał być o północy, a była godzina 19. Życie jednak zadecydowało za nas, gdyż okazało się ze tuk tuki o tej porze już nie jeżdżą i jeśli nie chcemy z bagażami tłuc się przez miasto to gospodarze zorganizują nam transport samochodem. Oczywiście za dodatkową opłatą.

tajlandia 405Nie byliśmy w stanie odmówić i po 30 minutach byliśmy już na dworcu. Zapłaciliśmy i… nie bardzo wiemy co ze sobą zrobić. A jak człowiek w Tajlandii nie wie co ze sobą zrobić to najlepiej napić się Chianga. Siadamy przy stoliku w jednej z knajpek, zamawiamy piwko, a w tym czasie komary przeprowadzają na nas zmasowany atak. To były pierwsze (choć nie ostatnie) komary jakie udało nam się w Tajlandii spotkać. Po kilku minutach stają się naprawdę uciążliwe, a my  postanawiamy z nimi powalczyć. W sklepiku obok udaje się kupić malutki spray przeciwko insektom. Zawartość DEET 20%. Wystarczyło.

Niestety w międzyczasie nasza knajpka zaczęła się zamykać. Ech a tu jeszcze 3 godziny. Na szczęście kawałeczek dalej była kolejna. Na pozór niczym się nie wyróżniała, a mimo to zostanie w naszej pamięci na długo.

Jeżeli ktoś planuje zjeść najpyszniejsze springrolsy na świecie to to jest odpowiednie miejsce. Jeśli do tego będzie chciał tajlandia 404zakąsić to kokosową zupą to również się nie zawiedzie. Za resztę rzeczy nie ręczymy choć myślę, że Pani która tam gotuje zna się na rzeczy. A jeśli nic się nie zmieniło to jedzenie podaje tam właśnie kucharka więc jest okazja spojrzeć w te poczciwe oczęta. A my siedzimy i zastanawiamy się jak wpleść wizytę w Ayutthayi w kolejną podróż.

Na jakieś 40 minut przed planowanym odjazdem poszliśmy na peron. W końcu ile można siedzieć i pić piwo. Niestety pociągi w Tajlandii jeżdżą według sobie tylko znanego rozkładu. Opóźnienie przekroczyło godzinę, później drugą…, mieliśmy więc masę czasu na zaprzyjaźnianie się z dworcowymi jaszczurkami…

Reklamy

Dzień 4 – Ayutthai’a

Do Ayutthaii odjeżdżają pociągi z dworca  Hua Lamphong. Troszkę go już znamy po wizycie dzień wcześniej. Udajemy się jeszcze do informacji, aby wypytać o szczegóły. Pani proponuje nam przejazd pociągiem za kilkadziesiąt minut drugą klasą z klimatyzacją. Brzmi całkiem nieźle, ale my nastawieni jesteśmy na klasę trzecią. Trochę już na ten temat czytaliśmy, odległość jest niewielka,  więc warto zaryzykować. Ja zostaję z walizkami, a Grzesiek idzie po bilety. Po chwili wraca. Bilety na klasę drugą kosztowały 250 batów od osoby. Kupiliśmy na 3 klasę po 20 batów. Mamy jeszcze sporo czasu do odjazdu, ale ja jak zwykle panikuję.OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Postanawiamy odnaleźć nasz peron. Dworzec w Bangkoku nie wygląda jak tradycyjny w Polsce. Jest to początkowa stacja dlatego perony nie idą tu na przestrzał. Stojąc frontem do drzwi wejściowych na część peronów dostaniemy się idąc na lewo na druga część na prawo. My próbujemy znaleźć peron numer 13. W końcu się udaje. Stoi na nim jakiś pociąg, ale my się nie spieszymy. Mamy jeszcze jakieś 40 minut. Konduktor z pociągu pyta się czy jedziemy do Ayuthayi. My na to, że tak. Każe nam wsiadać. My na to że to nie nasz pociąg. Bierze nasz bilet i mówi, że nasz. No to wchodzimy. Nie było w wagonie zwierząt, ani innych rzeczy których mogłabym się spodziewać. W zasadzie wygląda to jak osobowy pociąg starego typu jakich kiedyś i na polskich torach było wiele. Zastanawiamy się gdzie usiąść. Nad miejscami wiszą kartki z informacjami, ale niestety po tajsku. Wypatrujemy białych turystów i postanawiamy osiąść równolegle do nich. Jeśli nie mamy takiego punktu odniesienia proponuję usiąść najdalej jak się da od siedzących mnichów. Bierzemy naszą rozpiskę pociągów i szukamy tego w którym jesteśmy. Nie znajdujemy. Nasi sąsiedzi pytają na której stacji wysiadamy. Konduktor poinformował nas, że na siódmej. Nijak nie pasuje to do żadnego rozkładu. Ale pozostaje nam ufać ze dotrzemy na miejsce. Zaczynamy dyskusję z naszymi sąsiadami. Pojawia się plan awaryjny na wypadek gdybyśmy wylądowali gdzieś w buszu. Pociąg jedzie wolno… nawet bardzo wolno. Mam wrażenie, ze przez sporą część trasy rozwijał zawrotną prędkość 3 km/h. Ale jest okazja rozejrzeć się po przedmieściach Bangkoku. W sumie podróż trwa około dwóch godzin podczas których opijamy pierwszą puszkę toniku. Ale był pyszny. W międzyczasie można zaobserwować kilka niezwykłych zwyczajów panujących w tajskich pociągach. Pierwszy z nich to sprzedaż jedzenia. Co kilka minut przechodził ktoś oferując różne różności. Były to tak tajskie potrawy, ze nawet nie mieliśmy pojęcie co to może być. Na szczęście i nie szczęście nie chciało nam się jeść i nie skorzystaliśmy. Trzeba to będzie nadrobić przy kolejnej podróży. Miejscowi jednak korzystają z usług sprzedawców nie tylko z myślą o sobie, ale również mnichów którzy razem z nimi podróżują. Chwilę po przejściu pierwszych sprzedawców pojawiają się kobiety z jedzeniem i piciem i ofiarują je konduktorowi alby przekazał je mnichom. I nie są jedyne. Przy bardzo dużej skromności jaka od nich bije da się zauważyć, że nie muszą specjalnie martwić się o produkty pierwszej potrzeby, gdyż wierni chętnie dzielą się swoimi dobrami. Kiedy jesteśmy stacje przed końcem naszej podróży konduktor informuje nas, że na następnej stacji wysiadamy. Miło z jego strony. Co ciekawe zrobił obchód po całym pociągu informując wszystkich pozostałych „białych” że dojeżdżamy do Ayutthayi. I po co były te nerwy? Bierzemy bagaże i rozglądamy się za tuk tukiem. Mówimy gdzie chcemy jechać, a Pan nam krzyczy 150 batów!!! przecież dopiero co zapłaciliśmy 40 za nas dwoje za przejechanie z miasta do miasta. Ale Pan upiera się, ze nas guesthouse jest wyjątkowo daleko. Jak to daleko. Według mojej mapki Ayutthaya jest tak mała, że tam nigdzie nie ma daleko.  W końcu ulegamy. Nie mamy wyboru, bo pan konkurencji nie ma. Jedziemy i jedziemy. Chyba Pan nie kłamał, ale trochę martwię się jak będzie wyglądało nasze zwiedzanie. Ech będziemy się martwić o to jutro. Dojeżdżamy na miejsce.

OLYMPUS DIGITAL CAMERANa miejscu wita nas bosy, starszy mężczyzna z uśmiechem tak szerokim, że nie sposób się nie zarazić. Bierze moją walizkę i prowadzi do pokoju. Tym razem jest to część szeregowca. Mamy swoją kłódkę z numerem 4 pokój ma numer 6, ale jakie to ma znaczenie. Bierzemy szybki prysznic, wyciągamy butelkę Bombaya zakupionego na Heathrow, dwie puszki toniku jakie jeszcze zostały i idziemy do ogrodu. Teren guesthousu był wyjątkowo przyjemny. I ta cisza.. do dziś ją pamiętam. Niby nie przeszkadzał mi gwar Bangkoku, ale kiedy nagle wyjeżdżasz z wielomilionowego miasta i trafiasz w miejsce gdzie poza Tobą są tylko koniki polne, to wrażenie jest niesamowite. Jak zwykle nie chce nam się spać. Tonik wypity, idziemy po colę. Kolejne dwa drinki i decydujemy się położyć. Chyba dziś przesadziliśmy z alkoholem. Ale przecież nie mamy daleko do łóżka. Pokoik był skromny. Łóżko było duże, ale twarde. Na ścianie wisiał wentylator. Łazienka typowa dla Tajlandii czyli toaleta, umywalka i prysznic w ścianie. Znów wszystko mam mokre. Po szybkiej toalecie padamy spać…

%d blogerów lubi to: