Category Archives: Pływający targ

Pływający bazarek Amphawa

O dziwo udało nam się wstać około 9 rano bez większych problemów. Widać akcja melatonina okazała się być skuteczna. Szkoda tylko, że dzień przywitał nas deszczem. Mieliśmy już pewne doświadczenia z ulewami w Tajlandii wiec głęboko wierzyliśmy, że to tylko chwilowe. Wyposażyliśmy się w parasole na recepcji i ruszyliśmy na podbój miasta. Mieliśmy kilka godzin, gdyż wyjazd na pierwszą wycieczkę mieliśmy zaplanowany na godzinę 13.

Pierwsze kroki skierowaliśmy do budki z ananasami. Śniły się nam one po nocach. Co prawda świeże ananasy i u nas są już coraz lepsze, ale dalej daleko im do tych azjatyckich. Oczywiście nie daliśmy rady zaspokoić tym naszego głodu więc już chwilkę później siedzieliśmy w hinduskiej knajpce kilka metrów dalej. Obiecaliśmy sobie, że o ile tylko będzie to możliwe będziemy unikać europejskich śniadań, bo ogranicza nam to możliwości poznawc nowych smaków, tak wiec po chwili mieliśmy dwa rodzaje curry, roti oraz pyszny jaśminowy ryż na stole. Ach.. i obłędna kawę. W Tajlandii podają znakomitą, mocną kawę. Trzeba przyznać, że wszystko wyjątkowo nam tam smakowało. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, ze było to najlepsze curry jakie jedliśmy przez podczas tego wyjazdu.

Ponieważ nasz hotel mieścił się blisko przystani, udaliśmy się na drugą stronę rzeki na targ. Odkryliśmy to miejsce ostatniego dnia naszego pobytu rok wcześniej i mieliśmy ochotę powłóczyć się gdzieś, gdzie nie jest tak „biało”, a jednocześnie na tyle blisko, żebyśmy zdążyli wrócić na czas.

Bazarek nas nie zawiódł, zapachy też – może tylko porcja zupy na którą się skusiliśmy była maleńka, ale trudno. Okazji do zapełnienia pustki w brzuchu w Bangkoku nie brakuje. I jedynym minusem był ciągle padający deszcz. Prognozy nie były optymistyczne, ale nadzieja na poprawę pogody nie zniknęła. Koło południa rozpoczęliśmy odwrót i skierowaliśmy swoje kroki w okolice Khan Sanu skąd mieliśmy udać się na pierwszą zaplanowaną wycieczkę czyli na targ w Amphawa.

Amphawa jest częścią prowincji Ratchaburi, położonej na południowy zachód od Bangkoku. Aby tam dotrzeć trzeba uzbroić się w cierpliwość. Sam wyjazd z Bangkoku trwa całe wieki. Nim dojedzie się z niego na pierwszy przystanek w Mae Klong Market miną 3 godziny.

Po wizycie w tym miejscu spodziewaliśmy się wiele. Nie zrażał nas nawet ulewny deszcz. W końcu czego się nie robi aby mieć swoje upragnione zdjęcie. Dochodzimy do torów kolejowych. Wypatrujemy pociągu. Niestety z powodu deszczu dziś nie przyjedzie. Byłoby to zbyt niebezpieczne. Tłumaczenie, że czegoś nie ma z powodu deszczu będzie nam uprzykrzać ten wyjazd. Bierzemy wiec aparaty i idziemy mimo wszystko spróbować swoich sił. W końcu nie po to jechaliśmy taki kawał drogi.

Market jest mały, ale w sumie pomijając warunki atmosferyczne dość fotogeniczny. Jego jedynym minusem jest to, że położony jest dokładnie wzdłuż torów, mimo, że miejsca na to by ulokować się gdziekolwiek indziej jest wystarczająco. Trochę trąci to taka naciąganą atrakcją turystyczna. Ale pewnie gdyby ten pociąg jednak nadjechał to nikomu byśmy się do tego nie przyznali.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Nie poddajemy się. W końcu naszym głównym punktem programu i największą atrakcją ma być wieczorny pływający targ. Dojeżdżamy na miejsce. Pada!!!. Dobrze, że spacerować da się pod dachem. Zamiast pływającego targu jest pusty kanał. I to wszystko. Tym razem mamy nadzieję, że jesteśmy po prostu za uwcześnienie. Niestety po godzinie tracimy nadzieję. W końcu deszcz ustaje i pojawiają się pierwsze łódki. Efekt zerowy.

12

Aby już całkiem się nie załamać zamawiamy grilowane przegrzebki, a na deser lody kokosowe… Mmm…  Pycha! Przez pierwszy wyjazd jakoś skutecznie unikaliśmy lodów kokosowych. Zawsze powtarzano mi, że najprościej jest zatruć się wodą z nieznanego źródła oraz lodami. Dobrze, że tym razem postanowiliśmy być odważniejsi, bo stracilibyśmy wiele. A te z Amphawa były najpyszniejsze ze wszystkich.

Na koniec pozostał nam punkt kulminacyjny, czyli rejs po rzecze z podziwianiem świetlików. Pływanie łódką nocą po kanele jest mało urokliwe bo wiele zobaczyć nie można. Świetliki to atrakcja bardzo wątpliwa. Oczywiście zobaczyć jedno drzewo i powiedzieć: „łał, super, och i ach”, ale pływać od drzewa do drzewa przez godzinę to chyba jednak nie jest rozrywka dla nas.

10

11

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kolejne długie nudne godziny w ciasnym busie przed nami. Nie jesteśmy zadowoleni, ale cóż. Jutro czekają nas bajeczne wodospady Erewan. A i będzie pretekst, by znów do Tajlandii wrócić. Tym razem już na targ w Damnoen.

Wieczór spędzamy na Khan Sanie. Gdzieś w tym białym tłumie krążą znajomi Grześka -Marta i Paweł, których to gorąco z tego miejsca pozdrawiamy. Ale jak się tam odnaleźć? Znamy niby nazwę knajpy. Ba! Nawet ulicę, a mimo to miniemy ją trzy razy nim w końcu połączony miejsce z nazwą. Po dwóch Changach i wymianie doświadczeń postanawiamy udać się w bardziej zaciszne miejsce i plądrujemy boczne uliczki w poszukiwaniu naszej zeszłorocznej dziupli.

W drodze daję się skusić Marcie na jakieś dziwaczne grzybki w boczku (a przynajmniej tak to wyglądało). I o dziwo było to smaczne. Grzesiek nie chciał – jego strata. Żadnych dodatkowych funkcji grzybków nie odkryłyśmy. W końcu docieramy na miejsce. Uff… jak cichutko. W Bangkoku nie ma zbyt wielu miejsc o których można tak powiedzieć. Zmiana czasu pewnie pozwoliłaby nam siedzieć tak w nieskończoność, ale zdrowy rozsądek bierze górę. Jutro musimy wstać o szóstej wiec koło 1 w nocy żegnamy się i grzecznie udajemy się do łóżeczek. Po delikatnym rozczarowaniu dzisiejszym zwiedzaniem utwierdzamy się w przekonaniu, że nie ważne gdzie, ważne z kim.

Reklamy
%d blogerów lubi to: