Category Archives: Kanchanaburi i Erewan

Jedyny taki most

      Ranek znów przywitał nas deszczem, choć trzeba przyznać, że nieco słabszy niż ostatnio. Nim zebraliśmy się z pokoju w zasadzie przestało już padać, ale dzień był pochmurny. No trudno. Dużo większym problemem było podniesienie się rano z łóżka.  W końcu wczoraj nie poszliśmy wcześnie spać, a dziś z kolei nie mogliśmy już spać do 9. Daliśmy jednak jakoś rade, szybko zjedliśmy śniadanie i czekaliśmy na busa który miał nas zabrać na wycieczkę. Nauczeni doświadczeniem nie spieszyliśmy się zbytnio. Zazwyczaj czekaliśmy od 30 minut do godziny nim ktoś się po nas zjawi. Tajowie to szczęśliwy naród, a jak wiadomo szczęśliwi czasu nie liczą. Tym większe było nasze zdziwienie gdy nasz busik zjawił się punktualnie.

Pierwszy przystanek mieliśmy w Kanczanaburi. Nim tam jednak dojechaliśmy minęło znów kilka godzin w ciasnym busie. Ledwo nasze wakacje się zaczęły, a już byliśmy zmęczeni ciągłą jazdą. No nic, nie ma co narzekać.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nie byliśmy specjalnie nastawieni na zwiedzanie mostu na rzece Kwai i innych wojennych pamiątek. Dość cmentarzy i tragicznych wojennych historii jest w Warszawie. Dlatego 15 minut które mieliśmy na obejrzenie samego mostu wydawało nam się być zupełnie wystarczające. Myślę, że gdybyśmy mieli dodatkowe 15 minut na przejście przez most też byśmy nie narzekali, ale większym utrapieniem stało się to, że miasteczko Kanczababuri okazało się być bardzo miłe, z fajnym bazarem i aż nie chciało nam się jechać dalej. No trudno, następnym razem.

            Nie pamiętam imienia naszej pilotki, ale była to sympatyczna, niezmanierowana młoda dziewczyna. Gdy dojechaliśmy już do parku Erewan ostrzegła nas, że niestety ale wodospady nie wyglądają tak pięknie jak w katalogu. Dlaczego? No oczywiście przez padające deszcze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

blue_stream_waterfall

Ale szukajmy pozytywów. Przestało padać. Ba nawet zaczęło przedzierać się Słońce. Miejmy nadzieje, że to już koniec naszych deszczowych przygód. Na zwiedzenie parku mamy 3 godziny. Wydawać by się mogło, że  to całkiem dużo, jednak wodospady rozlokowane są na kilku poziomach i aby zobaczyć wszystkie w tym czasie trzeba by niemal przebiec przez park.

            Wspinaczka nie jest trudna, ścieżki w miarę wygodne, choć proponowałabym wziąć lepsze buty niż japonki. To nie tak, że  w japonkach się nie da, ale może czasem wygodniej by było w sandałach. Wodospady mimo swojego brunatnego koloru były ładne. Nie zachwyciły, ale nie mogę powiedzieć, że nie były warte zobaczenia. Najlepsze jest w nich to, że są bardzo różnorodne – od prostych wysokich po niskie, rozłożyste. Do tego piękna bujna zieleń. Nie pamiętam ile poziomów dokładnie przeszliśmy, jednak gdy już byłam gotowa do odwrotu Grzesiek namówił mnie aby pójść do jeszcze jednego. I to był strzał w dziesiątkę. Czekał na nas najpiękniejszy z wodospadów tego parku i chyba najsłynniejszy. Później ciężko było już zawrócić. Powstrzymała nas dopiero drabina, której nie dałam rady sforsować.

            Wracało się zdecydowanie szybciej. W sumie trasa nie jest zbyt długa tylko tak usłana wodospadami, że zatrzymanie się na chwilkę przy każdym bardzo wydłuża czas. No ale w końcu nie dotarliśmy tu na wyścigi. Jednak i w drodze powrotnej udało nam się zobaczyć kilka ciekawostek między innymi metrowego (a może i dłuższego, jak wiadomo kobiety mają problem z określaniem odległości) warana oraz gigantycznego pająka. Ten drugi niestety był oporny jeśli chodzi o pozowanie do zdjęć, a waran też jakoś specjalnie współpracować nie chciał.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Na miejsce zbiórki dotarliśmy chwilę przed czasem. Było już koło godziny 16 wiec zaczęliśmy się robić głodni. Zamówiliśmy sobie curry i w tym momencie okazało się, że  skoro jesteśmy w komplecie to będziemy wracać. Chwila, chwila, a co z naszym jedzeniem? „Weźmiecie na wynos”. I pewnie nie pisałabym o tym, bo przecież cóż w tym niezwykłego, jednak przy tej okazji mieliśmy możliwość zakupu jedzenia w taki sposób w jaki otrzymują je Tajowie, czyli do woreczka. Oj, średnio było wygodne jedzenie z torebki foliowej w jadącym autobusie. Do dziś nie wiem jak nam się to udało bez większych strat i zniszczeń, ale daliśmy rade.

W drodze powrotnej czekała nas jeszcze jedna krótka wizyta w Kanczanaburi na wysadzenie pilotki i mała reorganizację w busie i kolejne kilka godzin drogi powrotnej. To przedziwne jak wolno się tam podróżuje przy tak szaleńczej jeździe jaką prezentują tajscy kierowcy.

Wieczór znów spędzamy w towarzystwie naszych znajomych. Ponoć w Bangkoku padało. A wiec udało nam się chociaż uciec od złej pogody. Tym razem postanawiamy namówić ich na typowy tajski street food. Idziemy do knajpy w której stołowaliśmy się podczas poprzedniej wizyty w tym mieście. Po kolei dania trafiają na nasz stół. Niestety okazały się sporym rozczarowaniem. Zupa kokosowa była mdła. Zielone curry.. chyba robimy lepsze. Massaman  jak dla mnie było nie jadalne. Nie dość że było nam głupio to jeszcze byliśmy głodni. A ja jak jestem głodna to jestem zła. Na szczęście Changa nie da się zepsuć. Mamy nadzieję, ze Marta z Pawłem wybaczyli nam ta wpadkę. Na całe szczęście było to najgorsze jedzenie jakie zaserwowano nam podczas tej podróży i więcej takich totalnych wpadek nie było. Choć trzeba przyznać, ze i tyle szczęścia do jedzenia co przy poprzednim wyjeździe nie mieliśmy. A może nasze wymagania wzrosły?

Przed pójściem spać postanowiliśmy skorzystać jeszcze z cichego położenia naszego hotelu i po dokładnym wysmarowaniu się repelentami siedzieliśmy z piwkiem na tarasie przy piwie. Kolejna cicha chwila w Bangkoku. Byliśmy już zmęczeni. Cieszyliśmy się, że kolejnego dnia nie spędzimy w busie.

Reklamy
%d blogerów lubi to: