Category Archives: Chiang Rai

Chiang Rai

            Ten dzień wyjątkowo zaczyna się wieczorem dnia poprzedniego, ale uznałam, że tak historia będzie bardziej spójna. Jest wieczór dnia piątego naszej wycieczki, a my właśnie po godzinnym locie wysiadamy na lotnisku w Chiang Rai. Lotnisko jak lotnisko. Jest zdecydowanie większe niż się spodziewałam, zwłaszcza zważywszy na bliskość portu w Chiang Mai. Jest jednak na tyle małe, że  całość przeprawy zajmuje nam chwilę.

            Przed lotniskiem oczywiście oczekuje cała grupa naganiaczy. Jest późno, a my chcemy wybrać się jeszcze na spacer więc nie poświęcamy zbyt wiele czasu na targowanie. Do przejechania mamy około 10 km. Już na początku zadziwił nas dziwny spokój w tym mieście i niespotykane pustki na ulicach. Po gwarze Bangkoku był to niemały szok. Jedziemy dobrych kilkanaście minut, a na ulicach jest pusto jakby miasto wymarło. Spodziewamy się, że zbliżając się do centrum i nocnego targu to się zmieni, ale dalej widzimy tylko pojedyncze osoby.

            W końcu trafiamy do hotelu. Według mapy położony jest niemal w samym centrum, ale my ciągle mamy co do tego wątpliwości. Nie zostaje nic innego jak udać się na spacer, ale najpierw musimy zostawić rzeczy. I tu niemiła niespodzianka. Nie ma naszej rezerwacji. Mało tego obsługa po angielsku nie mówi prawie nic albo bardzo dobrze udaje. Nasze wydruki rezerwacji oraz okazanie jej w wersji mobilnej niewiele zmieniają, ale jeśli nas to satysfakcjonuje to zamiast doubla jest wolny twin, możemy się w nim ulokować a rano wyjaśnić sytuację z Agodą.

            Nie bardzo mamy wybór, a konfiguracja łóżek nie jest sprawą aż tak kluczową byśmy teraz przemierzali miasto w poszukiwaniu innego miejsca, zwłaszcza, że rezerwacja została opłacona z góry. Pokój jest jednak bardzo ładny (zaryzykuje stwierdzenie, ze najbardziej komfortowy ze wszystkich w jakich mieszkaliśmy w Tajlandii kiedykolwiek). Ta przyjemność kosztowała nas całe zawrotne 40 zł za dobę za pokój.

            Zostawiamy rzeczy i szybko ruszamy w miasto. Tylko gdzie by tu iść? W końcu trafiamy na jakiś młodych ludzi którzy wskazują nam drogę. Brak jakiegokolwiek ruchu jednak nie napawa nas optymizmem. Podczas pierwszej wycieczki w drodze z Pałacu Królewskiego w Bangkoku na dworzec kolejowy zdarzyła nam się parokrotnie sytuacja, że podawano nam nieprawdziwą drogę. Nie wiem czy ze złośliwości, czy ze zwykłego braku porozumienia, jednak przy każdym skręcie lepiej było zapytać się 3 różnych osób i wyciągnąć z tego jakąś średnią. Tu jednak nie mieliśmy kogo. W końcu na naszej trasie stanęły dwie miłe Francuzki. One jednak też nie miały pojęcia gdzie nocny targ się znajduje.

            Przestając już pomału wierzyć w jego istnienie w końcu na niego trafiamy. Nie wiem jak, ale się udało. Niestety jesteśmy troszkę za późno. Jest raptem 21 a wszyscy zbierają się już spać. Organizujemy więc sobie kolację i też planujemy udać się grzecznie na spoczynek. Napawając się ciszą wracamy do hotelu.

            Rano grzecznie udajemy się na recepcję. Skład inny, poziom angielskiego taki sam. Nikt nie wie o co nam chodzi, w papierach wszystko się zgadza, pieczątka PAID przybita. Oj chyba pani chciała jakoś zgrabnie ukryć brak pokoju z podwójnym łóżkiem. Wybaczamy to jednak, szkoda tylko, że zajęło nam to wczoraj tyle czasu. Najważniejsze, ze już wszystko gra i można się udać na zwiedzanie. Problem polega na tym, że nie bardzo mamy pomysł gdzie się udać. Oj zaczyna wychodzić nasze nieprzygotowanie. Udajemy się więc do pierwszej lepszej agencji turystycznej i robimy rozeznanie. Oczywiście jest mnóstwo wypraw w góry, ale wycieczki już ruszyły i w zasadzie to mogą zaproponować nam coś na jutro. Hmm.. ale my chcemy zobaczyć coś dziś. Idziemy więc dalej. Grzesiek mówi coś o jakiejś świątyni. Idziemy więc na dworzec autobusowy.      Nim jednak tam dotrzemy zaczepiają nas tuktukowcy. Nie koniecznie mamy ochotę na korzystanie z ich usług, ale okazuje się ze za 100 batów możemy do świątyni dojechać, wrócić z niej i ominie nas czekanie na transport publiczny. A i sama przejażdżka jest zawsze jakąś przyjemnością.

            Podroż jest oczywiście miła, wiatr przyjemnie chłodzi. Do przejechania jest kilkanaście kilometrów, ale tuktuki nie należą do najszybszych form transportu, więc zajmuje to dobrze ponad pół godziny. W sumie to nigdzie nam się nie spieszy. To, co zobaczyliśmy po przyjeździe przeszło nasze najśmielsze oczekiwania.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

            Wat Rong Khun, popularnie zwana White Temple zapiera dech w piersiach. Kopary opadły nam do ziemi i chwile nam zajęło nim udało nam się je ciut podnieść, abyśmy mogli pójść zobaczyć ją z bliska. Świątynia jest stosunkowo nowym tworem. Jej budowę rozpoczęto w 1997 roku. Jej biel połączona ze srebrnymi zdobieniami na tle kobaltowego nieba. Nie da się słowami opisać wrażeń, jakie w nas wzbudziła. A ukończona ma zostać dopiero w roku 2070. Myślę, że warto będzie się tam wybrać by zobaczyć, czym jeszcze zdołali ja upiększyć.

            Otacza ją wiele figur potworów, mających symbolizować piekło. Ale jakie piekło w takim raju. Myślę, że gdyby nie czekający na nas tuk-tukowiec mogłabym spędzić cały dzień patrząc i robiąc setki zdjęć. Przez chwile zaczęłam się martwić czy starczy mi miejsca na karcie. A jeszcze dwa dni temu bałam się, że nie przywieziemy z tego wyjazdu ani jednego zdjęcia. Selekcja po powrocie była ostra.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

            Odszukujemy naszą karocę i ruszamy w drogę powrotną. Ledwo dojedziemy do dworca a znów obsiada nas stado naganiaczy proponujących przejazd do Black Temple. Rezygnujemy jednak na rzecz obejrzenia miasta. Grzesiek wszedł w posiadania mapki z wyznaczona trasa rowerową. Nim jednak znajdziemy wypożyczalnię rowerów (zamkniętą już swoja drogą) odwiedzimy połowę z zaznaczonych świątyń. Z reszta z moimi lękami przed całym otaczającym mnie światem, nawet w tak spokojnym mieście ciężko by mi było się zmusić by jeździć wspólnie z tajskimi kierowcami po jednych drogach. Pomysł z wynajęciem tuk-tuka umiera, gdy napotkani panowie nie wiedzą, o jakie miejsca ich pytamy, a zostały nam właśnie największe atrakcje turystyczne miasta.

Nogi wchodzą nam już nie powiem gdzie, ale się nie poddajemy. Troszkę zagubieni w końcu odnajdujemy ostatnie dwie świątynie, które znalazły się na naszej liście: Wat Phra Kaew i Wat Phra Singh. Ta pierwsza słynie głownie z tego, że niegdyś przechowywano w niej największą świętość Tajlandii, czyli posąg Szmaragdowego Buddy. Dziś znajduje się tam jego kopia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzięki swobodniejszej atmosferze tego miejsca można obejrzeć posąg z bliska i dokładnie. W Bangkoku jest to o wiele trudniejsze. To, co również zasługuje na uwagę to małe posążki Buddy we wszystkich pozycjach(to może zainteresować przede wszystkim tych, którzy przedzierając się przez przewodniki rozszyfrowują, czym różni się Budda Kroczący od Rozpraszającego Strach itd.). Niestety ich opisy są w języku tajskim. Przy tej świątyni znajduje się również klasztor bądź szkoła dla młodych mnichów. Dziesiątki jak nie setki młodych, wesołych chłopców kręci się po okolicy.

Chiang Rai jednak sprzyja odwiedzaniu świątyń pomniejszych. Jest ich tam niezwykle dużo. Ponieważ ogólnie miasto nie jest zbyt wielkie, to jest czas na to by odwiedzać też mniej znane punkty. Wystarczy zacząć się kręcić przy jednej z nich, a zaraz znajdzie się jej opiekun, który wprowadzi nas do środa. Nie zapomnijcie tylko o drobnym datku na koniec.

Mocno zmęczeni wracamy do hotelu. To jednak jeszcze nie koniec dnia. Przed nami wizyta na nocnym targu. Tym razem planujemy się nie spóźnić.

Po spędzeniu w tym miasteczku niespełna doby okazuje się, że poruszanie się po nim jest bardzo łatwe. Co prawda do tej pory nie trzeba było spoglądać na mapy bo zawsze można było iść z tłumem i doszło się na miejsce. W miasteczku głównym punktem orientacyjnym jest wieża z zegarem. Póki mamy ja w zasięgu wzroku, zawsze dotrzemy, tam gdzie chcemy.

Już idąc do hotelu zauważamy, że coś jednak w tym miasteczku zaczyna się dziać. Na placu w pobliżu naszego noclegu rozstawiają się stoliki, zjeżdżają wózki z jedzeniem a drzewo ozdabiane jest tysiącem srebrnych rurek. Nie wiemy, co akurat świętowano, ale impreza była bardzo udana i jak na to senne miasto trwała dosyć długo, bo jej zgliszcza tliły się jeszcze koło 22 gdy wracaliśmy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ale wróćmy do targu. Nie jest on tak okazały jak ten w Ciang Mai, ale mniej komercyjny. Rozlokowany jest wokół wielkiego placu centralnego ze sceną, na której odbywają się występy, otoczonego stoiskami z jedzeniem. Plac jest pełen ludzi. Ciężko igłę byłoby tam wcisnąć. Co jednak ciekawe, ciężko tam również zobaczyć białego. Na scenie kabaret. Wszyscy pękają ze śmiechu. Szkoda, ze nie rozumiemy ich języka.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Nie planujemy wielkich zakupów. Bardziej nastawiamy się na jedzenie. Ciężko jednak chodzić w Tajlandii po bazarach i nie dać się na nic skusić. Wychodzę wiec z gumowymi butami. Przy wilgotnej aurze mogą się jeszcze przydać. W końcu trafiamy na stoisko z pluszakami. Nie były to jednak zwykłe maskotki, ale zabawki robione na drutach. Gdy byłam małą dziewczynką mama dziergała mi podobne. Jako świeżo upieczona ciocia jestem żywo zainteresowana tematem. Cena jednak nie powala z nóg. Za maskotkę, która wybrałam po długich targach pada cena 550 batów (ok. 55 zł). Jak na tajskie warunki jest to rozbój w biały dzień. Idziemy wiec dalej jednak nie dają nam one spokoju. Wyróżniają się również oryginalnością wśród wielu tandetnych pamiątek.

Postanawiamy wiec wrócić i negocjować dalej. Ku mojemu przerażeniu jakieś dwie kobiety przymierzają się do moich zakupów. A kysz!, A kysz!. W końcu odchodzą z małym misiem, a ja po wyproszeniu kolejnej obniżki wchodzę w posiadanie Małej Pluszowej Małpki, zwanej Małpką, Pluszową Małpką bądź też Mała Pluszową Małpką. Miała być prezentem, stała się wierną towarzyszką naszych wszystkich podróży. Od tej pory wyjazd minie nam pod hasłem szukamy godnej następczyni Małpki.

Już w trójkę wracamy do hotelu. Zahaczmy jeszcze o stoisko z naleśnikami z bananem i rozwiązujemy zagadkę rurek na drzewie (jest to specyficzny rodzaj loterii polegającej na łowieniu losów z drzewa), i nie śpiesząc się zbytnio docieramy do pokoju. Miasto już śpi. Trzeba było iść spać razem z nim, bo najbliższe noce dadzą nam popalić.

Reklamy
%d blogerów lubi to: