Category Archives: Chatuchak

wszystko i tanio…Chatuchak

            Znów po długim wieczorze budzimy się z bólem głowy. Ech, chyba się starzejemy. Ale to i tak lepsze niż jet lag. Rok wcześniej na tym etapie podróży nie byłam w stanie normalnie funkcjonować przed południem. Widać prawdą jest, że podróże kształcą. Najważniejsze, żeby z tych nauk wyciągać wnioski i wprowadzać je w życie. Dziś co prawda nie musieliśmy wstawać z budzikiem, ale nie chcieliśmy przespać całego dnia. Zwłaszcza, że był to nasz ostatni dzień w Bangkoku, pogoda w końcu się poprawiła, a przed nami była atrakcja, której bardzo nie mogliśmy się doczekać.

            No właśnie. Gdy pisałam o motywach naszego odwrotu do Tajlandii wspomniałam o wycieczce na Damnoen Saudak. Może dlatego, że nie zrealizowaliśmy tego planu po raz drugi. Było jednak jeszcze jedno miejsce, które bardzo chcieliśmy odwiedzić – weekendowy bazar Chatuchak. Myślę, że czas na odwiedzenie go podczas pierwszego wyjazdy wykopalibyśmy spod ziemi, gdyby nie fakt, że jak sama nazwa wskazuje jest to bazar weekendowy, a my jak na złość żadnego weekendu w Bangkoku nie spędzaliśmy. Tym razem jednak mogliśmy nadrobić zaległości i muszę przyznać, że gdybym miała wskazać miejsce w Bangkoku,  które najbardziej mi się podobało to byłby to właśnie Chatuchak i China Town na równi. Jakoś nie umiem się zdecydować.

            Na bazar dojeżdżamy taksówką. Jakoś dziwnie to w Bangkoku funkcjonuje, że zawsze taniej się gdzieś dojeżdża niż wraca. Za 100 batów (z napiwkiem) jesteśmy więc na miejscu. Przy wejściu otrzymujemy mapkę z planem targowiska. Na pierwszy rzut oka nie wygląda on na jakoś wyjątkowo duży. Ze Stadionem X-lecia nie miałby się nawet co porównywać, ale mimo to spędzimy tam kilka godzin.

19

            Spacer rozpoczynamy od sektorów z ubraniami. Nie planujemy robić zbyt wielkich zakupów, może jakoś drobiazg dla świeżo urodzonej bratanicy, ale poza tym ciągle mamy w pamięci akcję „kupimy ciuchy na treking w góry” która to skończyła się modłami o szybkie pranie, bo Grzesiek w nic się nie mieścił. Jednak ogrom tego wszystkiego sprawił, że postanowiliśmy jeszcze wybrać się na zakupy ostatniego dnia przed odlotem, aby nie obciążać póki co naszych bagaży.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

            Po sektorach z ciuchami jest czas na pamiątki, szpargały i inne cudeńka, potem zwierzęta i na końcu jedzenie. Oj nogi już bolą, a temperatura rośnie. Szkoda, że akurat jak nie pada to spędzamy niemal cały dzień pod dachem. Zgrzani popijamy wodę kokosową z buteleczek – mniej efektowne, ale praktyczniejsze niż z kokosa – i wcinamy lody kokosowe. Przepyszne, zimne podane w kokosowej skorupce z paskami miąższu, polane kokosowym mleczkiem, posypane orzeszkami. Obłęd!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

            Jeśli jeszcze nie dostaliście ślinotoku, to po drugiej stronie ulicy znajduje się targ tylko z jedzeniem. Ogromne krewetki, kalmary i inne cuda. Duuuużo zieleniny, owoców i czego tylko dusza zapragnie. A do tego masa garów z nie do końca wiadomo czym. Wiadomo, że smacznym. Czas więc na obiad. Ależ to było ostre 😛

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

11

            Z wielkim smutkiem opuszczamy to miejsce. Wieczorem mamy lot do Chiang Rai. A trzeba jeszcze wrócić po bagaże. W sumie to z Chatuchaka na lotnisko lokalne Don Mueang jest dość blisko, jednak nie mieliśmy pewności, czy znajdziemy przechowalnię bagażu więc trzeba wrócić na Khao San.

            Znów zaczyna się akcja taksówki. Tym razem chcą od nas 300 batów. Bo trzeba jechać autostradą, bo są korki i w ogóle. W końcu staje na 200. Korki są rzeczywiście spore. Jazda autostradą nie pomaga. Nie pali nam się jeszcze, ale mimo wszystko nie lubię robić wszystkiego na ostatnią chwilkę. A jeszcze czeka nas ta sama trasa w drugą stronę.

            Tym razem targowanie poszło nam dużo sprawniej. Pierwszy taksówkarz zgodził się nas zawieźć za 300 batów z opłatami autostradowymi. Uznajemy tą opłatę za uczciwą zważywszy na naprawdę duże korki i wsiadamy. To było bardzo dobre posunięcie, bo korki okazały się jeszcze większe niż w drodze z Chatuchaka. My na szczęście mamy spory zapas czasu, bo planujemy jeszcze zakupić bilety na autobus na Koh Chang. Wiemy, że odjeżdża z lotniska, ale nie znamy ani szczegółów ani lotniska Don Mueang. Nie stresujemy się więc mocno, a czas wykorzystujemy na wypytanie taksówkarza na temat rozpoczynających się strajków. Chyba wówczas nikt się nie spodziewał, że skończą się jakimś przewrotem. Szczegółów nie poznajemy. Bariera językowa jest duża. W sumie dowiedzieliśmy się tylko tyle, że taka piknikowa atmosfera jest normalna dla strajków w Tajlandii i że oczywiście jeśli nie wiadomo o co chodzi to z pewnością o pieniądze. No cóż, może jak dotrzemy na północ będziemy mieli więcej czasu na oglądanie telewizji to poznamy szczegóły.

            Jesteśmy na lotnisku więc czas załatwić ostatnią rzecz która nie dawała mi spokoju a więc bilet na autobus na Koh Changa. Ale zaraz zaraz, gdzie tu jest jakiś dworzec? Nie ma.. no nic, idziemy do informacji. Przemiła Pani nas informuje, że oczywiście jeżdżą busy na Koh Chang z lotniska, ale z Suvarnabhumi. Czemu nam się ubzdurało, że z tego? Nie wiemy. No nic, na północy spędzimy prawie tydzień więc spokojne damy rade coś zorganizować. Dziękujemy Pani uprzejmie i z wielkim żalem odrzucamy jej propozycje wynajęcia nam samochodu za cenę przewyższającą nasz cały budżet przewidziany na plażowanie i ruszamy do odprawy.

            Samo lotnisko jest stosunkowo niewielkie i dość nudne. A czasu mamy naprawdę sporo. Cóż chyba trzeba po prostu przywyknąć do tego, że podróże zabierają nam tyle czasu. A będzie jeszcze gorzej. W końcu rozpoczyna się odprawa. W sumie spędziliśmy na lotnisku dwa razy więcej czasu niż w samolocie. Lot trwa nieco ponad godzinę. W drodze uświadamiamy sobie, że nasz powrót nie wypada w żaden dzień weekendowy więc znów nici z zakupów…

%d blogerów lubi to: