Category Archives: Bangkok`13

Powrót do miasta aniołów

            Pierwszy dzień wyjazdu rozpoczął się od trwającej godzinę jazdy taksówką (o tym jak powinien wyglądać przejazd taksówką z lotniska do Bangkoku możecie przeczytać tu: https://thaiwhy.wordpress.com/2012/11/18/dzien-2-przylot-do-bangkoku/ ). Rejon w którym tym razem się zatrzymywaliśmy wybraliśmy ostatniego dnia naszego pobytu przy poprzedniej wyprawie. Mieścił się jakieś 10 minut spacerkiem od słynnego KhaoSanu, ale pozwalał się jednak od niego odciąć. Bliskość rzeki i park tym bardziej działały na jego korzyść. Nie wiedzieć czemu dojazd zajął nam tym razem z pół godziny więcej.

            Kiedy znaleźliśmy się w tamtej okolicy okazało się, że w Tajlandii rozpoczęły się strajki (ich pokłosiem była zmiana rządu w kraju). Część ulic była pozamykana, a na domiar złego nasz kierowca miał mniejsze pojęcie gdzie ma jechać niż my. Po dobie spędzonej w podróży to nie działa najlepiej na samopoczucie. Kręciliśmy się w kółko, licznik tykał, a my dalej nie byliśmy w swoim pokoju. W końcu Grzesiek podjął męską decyzję, kazał się zatrzymać i dalszą drogę postanowiliśmy pokonać pieszo. Pozostała jeszcze kwestia uregulowania rachunku. Po krótkiej wymianie zdań ustaliliśmy, że kwota 400 batów jest absolutnie maksymalną, jaką jesteśmy w stanie uiścić za usługę.

11

            Teraz już tylko trzeba było odnaleźć nasz hotel. Udaliśmy się w tym celu do agencji która znajdowała się dosłownie 5 metrów od miejsca naszej zsyłki. Szczęście nam sprzyjało. Kolejne drzwi prowadziły właśnie do naszego miejsca przeznaczenia. Pierwszy raz w Tajlandii spotkaliśmy się z sytuacją kiedy obsługa hotelu mówiła słabiej po angielsku niż ja. Do samego zameldowania nie było nam to potrzebne, ale wycieczek postanowiliśmy poszukać na mieście.

            Pokój był niewielki, ale z wygodnym łóżkiem i sprawną klimą. Kiedy ja się pucowałam Grzesiek już buszował po mieście i szukał informacji na temat wycieczek. Szkoda tylko, ze wychodząc zabrał ze sobą klucz pozostawiając mnie pod prysznicem bez prądu. Jedyne światło jakie miałam musiało więc wpadać do łazienki z korytarza . W połączeniu z lustrem wiszącym naprzeciwko prysznica dawało wrażenie, że zaraz przez uchylone drzwi wedrze się do łazienki dżungla a ja będę grać w reklamie Palmolive.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

            W planie mieliśmy odwiedzenie pływającego targu Damnoen Saduak, i Wodospadów Erewan. Z jakiegoś powodu jednak wszyscy odradzali nam ten pierwszy wyjazd. Że daleko, że bez sensu i w ogóle. I że jest piękniejszy targ w Amphawa, a dodatkowo połączony jest z wizytą Mae Klong Market gdzie przez targ przejeżdża pociąg i że jest super i piękne fotki i jakieś świetliki na koniec. A do tego wyjazd nie o 6 rano a o 13. Biorąc pod uwagę nasze wspomnienia z pierwszego dnia w Bangkoku rok wcześniej perspektywa pospania do 9 okazała się być bardzo kusząca. I tak zapadła decyzja.

            Nim ogarnęliśmy wszystkie kwestie formalne zaczęło się ściemniać. Co z naszymi kanałami? Idziemy do przystani, kupujemy bilet na szybką łódź, która ma nas dowieźć do części biznesowej. Kiedy dopływamy jest już całkiem ciepło. Jest w końcu chwila na to by dać znać, że żyjemy. „Cześć mamo dolecieliśmy, pogoda wbrew prognozom jest piękna. Pozdrawiamy”. I w tym momencie lunęło.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

            „Tajlandia położona jest w strefie klimatu zwrotnikowego monsunowego, z wyjątkiem południowej części, czyli Półwyspu Malajskiego, który położony jest w strefie klimatu równikowego.W Tajlandii można wyróżnić trzy pory roku:

–     Pora gorąca (marzec-maj) – bez deszczu, bardzo gorąco;

–     Pora deszczowa (czerwiec-październik) – deszcz prawie codziennie przez godzinę lub dwie, albo przez kilka godzin w nocy, gorąco;

–     Pora chłodna (listopad-luty) – niewielkie opady deszczu, nieco chłodniej.” Tyle w wielkim skrócie na temat klimatu (etajlandia.pl).

I gdybyśmy poprzestali na pierwszym wyjeździe to z pewnością zgodzilibyśmy się z tym w 100% (może tylko ta „pora chłodna” to nie najdokładniejsze określenie). Okazało się bowiem, że w Bangkoku już nie zobaczymy słońca, a i te godzinne deszcze mocno się przeciągną. Czy było to uciążliwe? Tak i to nawet bardzo. Ale o tym w kolejnych wpisach.

No ale wróćmy na nasze łódki. Stoimy w przystani i czekamy aż przestanie lać. Ale nie przestaje. W końcu się poddajemy i postanawiamy wrócić. Łodzie są osłonięte od deszczu,  nie na tyle by nie padało na nas całą drogę, ale wystarczająco byśmy nic już nie zobaczyli. Trudno, może następnym razem dopisze nam szczęście.

Tuptamy na KhaoSan, pałaszujemy kolacje, kupujemy piwo w 7 eleven i udajemy się do hotelu. Po piwku melatonina i koło 1 idziemy spać. Jest o 3 godziny lepiej niż przed rokiem.

Reklamy

Długo wyczekiwany wylot

               Tym razem mieliśmy więcej czasu na przygotowanie się do wyjazdu niż w 2012 roku, więc po długim oczekiwaniu na super promocję zdecydowaliśmy się na lot liniami Finnair.       Cena korzystna, choć nie zwalająca z nóg. Ale w końcu jest wiele innych czynników wpływających na wybór danej oferty. Po przygodach w Londynie tym czynnikiem było krótkie międzylądowanie i fakt, że na miejsce docieraliśmy już o poranku. Szybka kąpiel i będziemy mieli cały dzień na zwiedzanie. Przynajmniej taki był plan.

            Na lotnisku stawiliśmy się tradycyjnie przed czasem. W końcu kiedy się podróżuje z taką panikarą jak ja to inaczej się nie da. A wiadomo, że zakupy na bezcłówce są wciągające, więc lepiej mieć zapas.. Ech, tak naprawdę to nic na bezcłówce nie planowaliśmy kupować, bo nie wiedzieliśmy czy uda nam się to wnieść na docelowy samolot. Ale w końcu jakoś trzeba spędzić te dwie godziny.

            Lot do Helsinek minął spokojnie, jak widać po wpisach szczęśliwie i kolejna strefa bezcłowa stała przed nami otworem. Lotnisko okazało się znacznie większe od naszego, więc tym razem nie mieliśmy większych problemów z zagospodarowaniem czasu. Nasz gete znajdował się gdzieś na końcu świata i ukryty był tak, że bardziej się nie dało. Kilkanaście minut zajął nam sam spacer na miejsce przeznaczenia. A więc siedzimy i czekamy. Ludzi coraz więcej i nagle bach… zmiana bramki. Tuptamy na drugi koniec lotniska. Już prawie ustawiamy się w kolejce na pokład, ale.. nasz lot jest opóźniony. Najpierw o godzinę, potem o kolejne.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

            Czas umilamy sobie zakupami dokonanymi na strefie bezcłowej. Zaopatrujemy się w brunatny środek odkażający. Dobrze, że mamy, ze sobą euro, bo niestety terminal nie działał. Zresztą wyglądał tak, ze aż strach było przeciągnąć przez niego kartę. Monetami ratujemy się w automacie, w którym można kupić znacznie więcej niż tylko napoje i przekąski.

            Siedzimy, czekamy. Nawet czasem łapie nam wi-fi w telefonie. Okazuje się, ze sezon na Tajlandię w pełni i właśnie wylądowali tam znajomi Grześka. My mamy nadzieję, że uda nam się do nich w końcu dotrzeć.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

            W końcu nastaje ten moment. Hurra. Samolot tym razem jest mniejszy (wybaczcie nie podam modelu, bo średnio się na tym znam. Jeśli pamięć mnie nie myli to był to jakiś Airbus), ale za to wygodniejszy. Siedzenia od strony okna są podwójne, więc przynajmniej nie będzie problemu ze wstawaniem. Niedługo potem dostajemy jedzonko, piwo, drugie piwo… Jesteśmy na wakacjach 🙂

            Czas na sen. I tu przydają się kolejne doświadczenia. Grzesiek bardziej poszedł na łatwiznę i zaczął walkę z czasem na dwa dni przed wylotem. Ja na tydzień przed. Postanowiłam wykorzystać fakt, że niekorzystna dla nas zmiana czasu miała wtedy miejsce i choć wyratować się o tę jedną godzinę. Przez tydzień więc miałam pobudki o 5, 4 nad ranem. Chodziłam nieprzytomna. I teraz na pokładzie też marzył mi się już sen. Dodatkowo zaczęliśmy się wspomagać melatoniną. Cudów się po niej nie ma co spodziewać, ale z pewnością ułatwiła nam życie. Przynajmniej byliśmy w stanie zasnąć wcześniej niż o 3 w nocy.

            Noc mija. Zbliżamy się do lądowania. Czas na śniadanko. Katering na pokładach Finnair’a nie powala. W smaku jest nawet znośny, ale ja nie czułam się po tym zbyt rewelacyjnie. No cóż, już za parę chwil będziemy w kraju z najpyszniejszą kuchnią świata. Jakoś się przemęczymy.

W końcu lądujemy. Jest już południe. Na samo „dzień dobry” mamy 4 godziny opóźnienia.

%d blogerów lubi to: