Category Archives: Koh Chang

Nuda i spokój też mogą być sexy !

            Dzień na Koh Changu zawsze zaczynał się tak samo. Od pięknego widoku z okna. Ten widok poza swym niewątpliwym urokiem, miał jeszcze jedna zaletę. Mówił nam jaki dziś będzie dzień. Pogoda, była bowiem największą niewiadomą każdego dnia.

            Było to nieco denerwujące, że przejechaliśmy taki kawał drogi żeby padało, ale na szczęście pierwszy dzień się nie powtórzył i nawet w najbardziej lejących momentach nie były nam już potrzebne ciepłe ubrania. Skłamalibyśmy też gdybyśmy powiedzieli, że pogoda nam nie dopisała. Ona po prostu lubiła nam robić niespodzianki.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

            Poranki były idealne do obserwowania życia na mieście. Po południ na ulicach pojawiało się już wielu turystów wypełzających z resortów. Rano było dużo mocniej azjatycko. Skutery podjeżdżały pod knajpki, zamawiając jedzenie na wynos. Czasem upolowało się jakiś pojazd robiący kawę… Mmm.. kawa w Tajlandii to coś niesamowitego. Wspaniale było rozpocząć dzień od mocnego gęstego aż naparu. Potem był czas na śniadanie. Nieraz ograniczaliśmy się do owoców zjadanych na balkonie (zazwyczaj, gdy jechaliśmy na jakąś wycieczkę), ale kiedy mieliśmy czas to wybieraliśmy jakąś miła restauracyjkę na plaży i ucztowaliśmy. Ciekawą opcja było śniadanie które oferował jeden z hoteli na naszej trasie. Za 150 batów był wybór zarówno europejskich jak i tajskich dań. Po wpadce jaką zaliczyliśmy na Phuket z hotelowym jedzeniem ta opcja naprawdę się sprawdzała. I tylko nadmierny wybór i to, ze nie byliśmy w stanie zgłodnieć po tym śniadaniu do kolacji kazało nam się trzymać od tego miejsca z daleka. A daleko na samym końcu plaży serwowali packi. Z bananami i ananasami. Puchate, mięciutkie i pyszne. Do tego arbuzowy shake i życie stawało się piękniejsze.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

            Cóż robić na takiej wyspie jak nie jeść i byczyć się na piasku? Plaże na Koh Chang w ciągu dnia były stosunkowo wąskie. Nie wszystkie co prawda, ale większość z nich. Piasek był ładny, miałki, jasny. W  ciągu dnia plaży przybywało i turystów również. Woda w morzu była spokojna. Może nawet aż nadto, chociaż po falach przy Phuket cieszyłam się że i ja mogę czasem wejść do wody i się schłodzić. Bo jeśli nie padało, to temperatury były naprawdę wysokie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

            Ale jak stojąca jest woda i temperatura wysoka to wiadomo, że i inne formy życia z tego korzystają. Niestety było sporo małych parzących meduzek. Nie były to oparzenia zagrażające komukolwiek, ale średnio przyjemne. Cóż, jakaś rysa na szkle musiała być.

            Czym można się schłodzić jeśli nie wodą w morzu? Może wodą z kokosa? Zawsze ustawialiśmy się w takim miejscu by mieć blisko do naszego stoiska owocowego. Dzięki temu kokosy i ananasy były zawsze na wyciągnięcie ręki. No może nie aż tak, ale w promieniu minutowego spaceru.

            W porównaniu do Phuket Koh Chang jest wyspą bardzo spokojną a White Sand Beach chyba najspokojniejszą z plaż. Nie ma tu zbyt wielu imprezowni dookoła. Niby hotele nastawiona na wypoczynek rodzinny, ale dzieci nie biegają nikomu po głowie (w sumie jak teraz o tym myślę, to mam wrażenie, że musiały całe dnie w basenach spędzać bo na plażach naprawdę nie było ich wiele). I w sumie w ogóle to jest tak trochę pustawo. Można się wsłuchać w szum morza i zrelaksować. Jeśli ktoś lubi imprezy do rana i dziką zabawę na piasku – to nie to miejsce. Jedyną plażową atrakcja w ciągu dnia byli obnośni sprzedawcy pereł i hamaki. Nie wiemy jak Was, ale nas to przekonuje.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

            Kiedy już mieliśmy dość słońca albo słońce miało dość nas przechodziliśmy z plaży na deptak. Szybciuteńko jedna z knajp stała się „naszą knajpą”, i rozpoczęliśmy testowanie ich menu na wszystkie możliwe strony. Jak myślę o tym z perspektywy czasu to chyba w żadnym innym miejscu  nie czuliśmy się tak mile widziani. Jedzenie było tam super, obsługa naprawdę miła, atmosfera rodzinna. Może nigdy nie trzeba było tam rezerwować stolika, ale zawsze było tam pełno. I było to jedyne miejsce gdzie serwowano lody kokosowe. Pychotka.

            Po obiedzie były dwie możliwości spędzania czas. Albo łażenie po sklepach albo masaż. Łażenie po sklepach na deptakach jest niesamowite. To jak bycie odkrywcą i poszukiwaczem w jednym. Zwłaszcza koło 7 dnia kiedy zna się już każde stoisko na pamięć a mimo to liczy się na to, ze podziwianie tych cudów da nam jakąś rozrywkę. Rozpoczęliśmy więc etap zagłębiania się w szczegóły i dzięki temu potrafiliśmy spędzić godzinę rozmawiając o oleju kokosowym, procesie jego produkcji itp. itd.

            No ale była jeszcze opcja masaż. Przyznam szczerze, ze ceny tych zabiegów tu zaskoczyły mnie bardziej niż pierwszy zimny poranek. 180 batów za masaż tajski. 200 za masaż klasyczny. Godzinny! Przyznam szczerze, że czułam się jak jeden wielki biały wyzyskiwacz. Rok wcześniej za masaże płaciliśmy 300-400 batów i często musieliśmy się jeszcze targować. Tu z uśmiechem na ustach panie będą prężyć muskuły przez godzinę za 20 złotych. Uwielbialiśmy te wieczory spędzone na masowaniu. Nic tak nie wyostrza apetytu jak masaż.

13

            Czasem kiedy decydowaliśmy się zdradzić naszą knajpkę chadzaliśmy na kolacje na plażę. Czy jedzenie było lepsze? Nie wiem, ciężko porównywać. Ale jak często macie okazje jeść na plaży? A więc testowaliśmy rybki, krewetki kalmary i wszelkie inne morskie cuda na różne sposoby. Gdyby nasz hotel nie był położony na klifie tylko przy plaży to pewnie moglibyśmy się doturlać do niego. Na szczęście mieliśmy kilkuminutowy spacer do pokoju aby spalić parę kalorii.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Nim się jednak udawaliśmy spać czekał nas jeszcze fire show 🙂 Ach te nadmorskie rozrywki. A jednak miało to swój urok. Jednak na wakacjach zmienia się nieco postrzeganie wielu kwestii. A może łatwiej się cieszyć ze wszystkiego.

15

            Po drodze jeszcze zawsze zahaczaliśmy o Tesco gdzie robiliśmy małe zapasy na wieczór i gdzie zanabywaliśmy ostatniego przed snem kokosa i wdrapywaliśmy się na nasza górkę. Wieczory spędzaliśmy spokojnie na balkonie w towarzystwie pluszowej małpki. Poza jednym incydentem gdy jakiś facet wpakował nam się do pokoju przez pomyłkę można rzec, że nuda była straszna. A jednak tej nudy i tego spokoju potrzebowaliśmy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na ostatnią noc przyszło nam się przenieść do domku na plaży. To rozwiązanie miało swoje plusy i minusy. Super było mieć do morza 20 sekund, piękny widok na wodę z werandy jednak okno, które samo wypadało czy wilgoć w ciasnym pokoiku na dłuższą metę pewnie ciężko byłoby nam  wytrzymać. Ale warto było spełnić marzenie o bambusowym domku na plaży 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

            Czy wrócilibyśmy jeszcze na Koh Chang? Z pewnością. Nie znajdziecie tam plaż z krystalicznie czystą woda i białym jak śnieg plażami. Ale znajdziecie tam Tajlandię. Piękną, bujną, pachnącą, uśmiechnięta i serdeczną. Tylko słoni jak na Wyspę Słonia nie za wiele…

Reklamy

Ucztowanie na Koh Changu

Jedną z rzeczy, która najbardziej utkwiła nam w pamięci po pobycie na Koh Changu to jedzenie, którego przyszło nam tam skosztować. Do trzech miejsc wracaliśmy regularnie. Inne z różnych przyczyn odwiedzaliśmy nieco rzadziej. Ale w zasadzie każde pozostawiło w nas miłe wspomnienia.

Port w Bang Bao słynie z wybornej kuchni i doskonałych owoców morza. I trzeba przyznać, ze tak jest w rzeczywistości. Jedzenie jest tam bardzo dobre i świeże, choć jego ceny na tle wyspy dość wysokie. Jak na warunki europejskie jest tam jednak dość przystępnie a poza tym możliwość jedzenia w domku na wodzie warta jest swojej ceny. Myślę, ze jedyne, nad czym ubolewamy to naglący nas czas i konieczność wyjazdu z portu przed całkowitym zachodem słońca ze względu na ciężkie warunki drogowe.

9

10

Drugim punktem w porcie odwiedzanym przez nas regularnie przy każdej wizycie w Bang Bao (jest to port, z którego odpływają wszystkie łodzie wycieczkowe) był punkt z tajskimi goframi. Nigdy nie wpadłabym na to ze dodatki do gofra mogą się znaleźć w jego środku, a jednak. Czekoladowe i bananowe były naszymi ulubionymi.

Ciekawym przysmakiem jaki udało nam się skosztować na trasie w okolicach Plaży Klong Prao był rożek z bananami. W pierwszym momencie byliśmy przekonani, ze są to zwykłe naleśniki z bananami jednak okazało się, że ciasto w tym wypadku wypiekane jest na chrupko. Było to naprawdę dobry deser. Miał tylko jedną wadę. Czekaliśmy na niego około 30 minut. Tajom się nie spieszy.

Jednak zdecydowanie najczęściej stołowaliśmy się w okolicach naszej plaży. Śniadania często decydowaliśmy się jeść na balkonie, bo była to jedna okazja by skosztować wielu rodzajów owoców, których inaczej nie mielibyśmy gdzie wcisnąć. Ale czasem, gdy przypilił nas większy głód lub nie zrobiliśmy dzień wcześniej zakupów wówczas udawaliśmy się w jedno z dwóch miejsc. Jedno to była przyhotelowa restauracja, której największym plusem były stoliki z pięknym widokiem na morze i w sumie całkiem niezła różnorodna kuchnia.  Drugim naszym śniadaniowym punktem była knajpa na samym końcu (bądź początku) White Sand Beach. Tu serwowali najpyszniejsze na świecie placki z bananami. Coś wspaniałego. Jeszcze ślinka mi leci na samą myśl.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Minusem dużych śniadań było to, że nie starczało miejsca na obiad. Jeśli chcieliśmy podjeść coś małego to skakaliśmy do budki z owocami. W sumie to bywaliśmy tam kilka razy dziennie. Mieli tam najpyszniejsze ananasy i kokosy w okolicy. I choć trzeba było czasem uważać na próby wyciągnięcia paru nienależnych batów to mimo to lubiliśmy to miejsce.

11

SAMSUNG CAMERA PICTURES

A co jeśli mieliśmy ochotę na coś konkretniejszego?  W ciągu dnia konkurencja była niewielka. Co prawda knajpek było dużo, ale już pierwszego dnia zorientowaliśmy się, że całe życie toczy się jednej z nich. Tajskie knajpy zazwyczaj nie wyróżniają się wystrojem. Ta również taka była. Zwykłe proste stoły i.. tyle. Ale gotowali rewelacyjnie, a obsługa zawsze uśmiechnięta mimo, że pracowali od rana do nocy.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Kiedy się ściemniało kulinarne życie wyspy rozkwitało. Przed restauracjami na promenadzie wystawiano na lodzie wszelkie dobra, a wzdłuż ulicy rozkładały się garkuchnie z pysznym i tanim jedzeniem. Jednak prawdziwe szaleństwo działo się na plaży.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Wieczorem morze się cofało, a plaże robiły się bardzo szerokie. Przy każdym hoteliku czy nadmorskiej knajpce rozkładały się stoliki, leżaki i zaczynała się wielka biesiada. Zjeść można było wszystko, cokolwiek tylko da się wyłowić w okolicy, a do tego przyrządzone jak tylko dusza zapragnie. No może o dorsza w panierce byłoby ciężko. A przy tym wszystko za śmiesznie małe pieniądze. Przeciętny obiad składający się z wielkiej ryby, jakiegoś curry i krewetek lub innych owoców morza razem z dużym piwem nigdy nie przekroczył nam 60 zł. Nigdy też nie udało nam się tego zjeść żeby później nie pękać w szwach. Ślinka dalej mi leci na wspomnienie tamtych wieczorów.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Skuterkiem po Koh Changu

            Swoją opowieść z wyspy rozpoczniemy od wycieczki skuterem w którą ruszyliśmy drugiego dnia naszego pobytu. Rozrywka tania, bo skutery w Tajlandii można wypożyczyć za grosze, a paliwo też drogie nie jest. Co nas skłoniło do tej wycieczki? Oczywiście plaże.tajlandia 1037

            Tych na wyspie jest osiem. I każda z nich jest nieco inna. Różnią się stopniem komercjalizacji i i standardem hoteli je otaczających.  My do zamieszkania zdecydowaliśmy się na plażę White Sand. Kierowaliśmy się głównie wygodom pobytu. Przy plaży znajduje się wiele hoteli knajpek i sklepów. Jest to chyba najbardziej uporządkowany obszar wyspy. Ma to oczywiście swoje plusy i minusy. Nam się podobało.

            Ale żeby się przekonać, ze nasza decyzja była słuszna  ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża w poszukiwaniu innych pięknych zakątków. Zakochaliśmy się w pierwszej napotkanej na naszej trasie plaży Chai Chet przy hotelu o tej samej nazwie. Aż żal było się ruszać stamtąd.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Trudno jest słowami opisać czemu akurat ta plaża przypadła nam aż tak do gustu. Może dlatego, że mieliśmy pewną wizję tego czego oczekujemy. Czyli wąska, czysta plaża z kokosowymi palmami i piękna wodą. I to właśnie dostaliśmy. Wysokiej klasy resort dbał o to by nic tego idealistycznego obrazka nie zniszczyło. Do tego huśtawki zahaczone o kokosowe palmy. Nie wiem jaka jest Wasza wizja rajskiej plaży, ale dla nas to było właśnie spełnienie marzeń.

zdjecie 990

           Następne w kolejce są dwie duże plaże – Klong Prao i Kai Bae. Niby ładne, ale nie zachwycające. Za to z bardzo sympatycznym otoczeniem. Takie mocno w takim najbardziej tajskim stylu. Fajne sklepiki, fajne knajpki. Myślę, że można być zadowolonym. Tu zjedliśmy obiad i spotkaliśmy kąpiącego się słonia.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

            Po drodze czekał nas jeszcze postój na tarasie widokowym. Widoki piękne choć i tak największą atrakcją były małpki. Małpek na wyspie słonia jest zdecydowanie więcej niż słoni. A przy tym są bardzo towarzyskie.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAMSUNG CAMERA PICTURES

    Ostatnią plażą na którą zawitaliśmy była Loneley Beach. Plaża ładna, otoczona bambusowymi domkami. Jeśli szukamy łączności z naturą to jest to dobry wybór.

Aby jednak się do niej dostać trzeba pokonać góry i doliny. Muszę przyznać, że jest to jedno z najgorszych wspomnień jakie mam z wyspy. Gorzej było jeszcze tylko w drodze powrotnej.

            Jakoś udało nam się jednak dostać do portu w zatoce Bang Bao gdzie planowaliśmy kolacje. O jedzeniu na wyspie jeszcze się wpis pojawi póki co napiszę tylko, że było pysznie. Widoki w porcie są piękne. Restauracje położone na wodzie – super. Wracać się zdecydowanie nie chciało jednak w pamięci mieliśmy nie najłatwiejszą dla skutera o niewielkiej mocy trasę. A jechanie po ciemku tylko utrudni zadanie. Z wielkim żalem więc ruszamy w drogę powrotną.21

            Nie wiem ile zdrowasiek odmówiłam podczas tej drogi i po dziś dzień nie wiem jakim cudem się nie zabiliśmy ale widać było nam dane wrócić i opowiadać te historie. Faktem jest, że na drugą stronę wyspy, bardziej górzystą, nie dałam się już namówić. A napotkane po drodze skuterowe wypadki tylko utwierdzały mnie w przekonaniu, że limit szczęścia mogliśmy już wyczerpać. I mimo, że dzień był wspaniały a widoki boskie to cieszyłam się, że się już kończy.

24

W stronę wyspy słoni…

Dziś postanowiliśmy się wyspać. Czeka nas kolejny dzień spędzony w podróży. Brr… Tym razem bilety na busa kupiliśmy z wyprzedzeniem. Są na tyle małe, ze nie chcieliśmy ryzykować, ze się nie zabierzemy o interesującej nas godzinie. A musieliśmy zdążyć na samolot do Chiang Mai.

zdjecie 963

Długa podróż ciasnym mikrobusem podobała się tylko naszej pluszowej małpce. Pai jest super, ale polecam tylko osobom o mocnych żołądkach.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Po trzech godzinach męki docieramy na dworzec autobusowy w Chiang Mai. Po walce z krawężnikami podczas poprzedniego postoju dziś pierwsze kroki kierujemy w stronę przechowalni bagażu. Pani pisze nam na karteczce piękna okrągłą kwotę 650 batów (dla mniej wtajemniczonych 65 zł)! Chyba się kobitka niewyspana, albo ma nas za skończonych idiotów. Ładnie przekreślamy jedno zero i i choć i tak czujemy się oszukani to nie mamy wyboru, bo konkurencji brak.

Chiang Mai wspominamy bardzo miło. To bardzo fajne miasteczko z super klimatem i pysznym jedzeniem. Niestety nie mamy czasu na to by jechać do centrum więc kręcimy się w okolicach dworca. A tu posucha straszna. Cóż jesteśmy więc skazani na obiadek w dworcowej knajpce. A na deser.. truskawki. Mmm… świeże truskawki w listopadzie. Pani się pyta czy pocukrzyć? Patrze ja na te truskawki. No bladziutkie. Niech sypie i niech nie żałuje. Oj szybko ja pożałowałam tej decyzji…

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Z jakiś niewyjaśnionych powodów Tajowie dodają sól do owoców. Czemu? Tego chyba nie pojmę żaden Europejczyk, ale tak jest. Mieliśmy więc zabawę w oskrobywanie truskawek z soli. W połowie paczki się poddaliśmy. Trudno. Na szczęście zawsze można wciągnąć kokosa albo ananasa na otarcie łez.

Znużeni troszeczkę wałęsaniem się bez celu postanawiamy jechać na lotnisko. Lotnisko w Chiang Mai jest spore a i sklepy są fajne. Część produktów, które udało nam się zdobyć tam poprzednim razem była nie do dostania gdziekolwiek indziej więc chętnie zorientujemy się w asortymencie. Przeceniamy jednak swoje możliwości i po godzinie zaczynamy się nudzić. Ponieważ dworcowa kuchnia nas nie zachwyciła to i głodni się robimy. I tu następuje genialne odkrycie. 7 eleven 🙂

Pomijając już kwestię, że można na lotnisku zrobić normalne zakupy w normalnym sklepie to okazało się, iż można tam również kupić dania gotowe i.. podgrzać je na miejscu. Tak więc w 5 minut mamy pyszne curry za około 7 zł i pałaszujemy je ze smakiem. Musimy przyznać, że gotowce z 7 eleven są najlepszymi jakie jedliśmy. Szkoda, że nasze sklepy co najwyżej oferują hot-dogi.

W końcu wsiadamy do samolotu. Lot jest krótki, mija szybko i już niebawem lądujemy na lotnisku Don Muang. Podczas szperania w poszukiwaniu busów na Koh Chang odnajdujemy informacje o tym, że z lotniska kursują busy na dworzec wschodni Ekamai. Rozpoczynamy więc poszukiwania. Jakiś mężczyzna oferuje nam taksówkę twierdząc, ze takich busów nie ma. Przez chwilkę jesteśmy rozczarowani, ale w ciągu pół minuty wpadamy wręcz na człowieka z tabliczką z numerem autobusu, który ma za chwilę odjechać. Naszego autobusu. Koszt przejazdu – 40 batów. Jedynym minusem takiej opcji jest to, ze nazwy przystanków wykrzykuje kontrolerka po tajsku. Mało brakowało, a wysiedlibyśmy w złym miejscu podążając za tłumem udającym się do kolejki.

Kiedy wysiedliśmy sprawa była już prosta. Trzeba było przeciągnąć się tylko przez krawężniki z bagażami przez jakieś 500 metrów. Ale co to dla nas. Jesteśmy w końcu zaprawieni w bojach.

Dworzec Ekamai robi wrażenie. Z zewnątrz przypomina lotnisko. Wewnątrz myślę że jest porównywalny wielkością ze starym terminalem na Okęciu. Jednak stosunkowo łatwo jest odnaleźć to, czego się szuka. Nad każdą kasą widnieją nazwy miejscowości do których transport organizuje dany przewoźnik. Otwarte są tylko te, które planują odjazd w najbliższym czasie. Nam zależy na jak najpóźniejszej godzinie, jednak jedyne okienko oferujące transport do Tratu oferuje bilety na 22.30. No niech już będzie.

Kupujemy bilety klasy 1. Cena – jeśli mnie pamięć nie myli 380 batów. Poszło szybciej niż myśleliśmy. A co robi turysta w Tajlandii jak ma wolne dwie godzinki przed odjazdem? Idzie jeść. Tarabaniąc się z walizkami minęliśmy masę garkuchni. Oddamy tylko bagaże i możemy iść. I niestety, okazuje się, że przechowalnia bagażu czynna jest tylko do 21.00. Trochę szkoda, zważywszy na te przeklęte krawężniki, ale się nie poddajemy. Postanawiamy się tylko zbytnio nie oddalać. W końcu trafiamy na jakieś większe zgrupowanie stolików, gdzie spokojnie możemy rozwalić się z rzeczami nie stanowiąc zagrożenia w ruchu lądowym i zamawiamy.. coś. Nie wiem co to było, ale w życiu nie jadłam nic równie ostrego. I nie pomagał ryż ani piwo (z którym staraliśmy się nie przesadzać mają na względzie kilka godzin w autobusie). Tego się niestety nie dało zjeść. Cóż, można było nie ryzykować i jeść noodle soup przez cały czas, ale chyba nie o to chodzi. Wracamy więc na dworzec i zaopatrujemy się w awaryjne ciastka.

Ciekawostką jeśli chodzi o dworzec Ekamai (z tego co czytałam to takie samo rozwiązanie stosuje się również na dworcu południowym) jest fajt, że do poczekalni mogą wchodzić tylko osoby posiadające bilety. Przekraczamy więc brameczkę, siadamy w odpowiednim sektorze i znów czekamy. To już drugi dzień podczas naszej podroży który w całości spędzamy tylko na przemieszczaniu się. Marzymy o miałkim piasku i palmach kokosowych, ale póki co czek nas 5 godzinna podróż autobusem.

No właśnie dojazd na Koch Chang ma jedna wadę. W zasadzie ciężko zrobić tą trasę w nocy tak, żeby się nie umordować. Bezpośrednie autobusy z KhaoSanu oczywiście kursują,ale w ciągu dnia. Nam szkoda by było kolejnego więc czeka nas pobudka już ok 3 w nocy. Mamy jednak cichą nadzieję, że te obietnice o szybkiej podroży to tylko chwyt marketingowy.

W końcu podjeżdża nasz wehikuł. Jesteśmy troszkę rozczarowani ponieważ liczyliśmy na autobus typu VIP jakimi do tej pory podróżowaliśmy nocą. Okazuje się jednak, że jeśli na pytanie czy autobus jest typu VIP odpowiedź „jes, jes, ferst klas” może być myląca. Oczywiście nie jest to jakiś złom czy cokolwiek takiego. Zwykły dalekobieżny autobus z jakimi spotkamy się u nas. Ale Tajlandia przyzwyczaiła nas, że jesteśmy rozpieszczani.

Zajmujemy swoje miejsca, owijamy się kocykami i robimy wszystko by choć chwilę się przespać. Po raz kolejny z pomocą przychodzi nam melatonina. Cudów nie ma, ale może choć połowę trasy przesypiamy. Kiedy dojeżdżamy do Tratu mamy nadzieję, ze to tylko przystanek na trasie. Niestety okazuje się, że autobusy jak chcą, to potrafią jeździć nawet szybciej niż wskazywałby na to rozkład.

Wiemy, ze pierwsze promy na Koh Chang odpływają ok 6 rano. Czeka nas więc sporo czekania. Ale sami nie jesteśmy. Silna grupa naganiaczy towarzyszy nam przez cały czas. Czułam się trochę jak zwierzyna która ma za chwile paść a sępy już ją otoczyły i tylko czekają na moment kiedy ja zaatakować.

Pierwszą propozycję wydostania się niego dostajemy w okolicach godziny 4. Cena – 150 batów. Standardowa stawka w ciągu dnia to około 50. Nam się jednak nie spieszy. Jaki jest sens jechać do portu o 4 w nocy skoro promy odpływają o 6? Zwłaszcza, że chwile temu zaczęło lać i jakoś nie widać żeby zamierzało przestać. Mijają kolejne minuty. Dojeżdża kolejny autobus. Ech szkoda, ze się na niego nie załapaliśmy. Nasza grupa zaczyna rosnąc a sępy krążą coraz bliżej. Brr… W okolicach godziny 5 główny zawiadowca świty na chwile znika a w tym czasie na dworcu pojawia się miniwan. Hyc i łapiemy gostka nim zdąży przekroczyć próg dworca. Oferuje nam transport za 80 batów. No cóż, to niby więcej niż się spodziewaliśmy, ale satysfakcja że wykiwamy naszą zgraje  jest tego warta. Szybko zapełniamy wszystkie miejsca i w 5 minut później już jedziemy do portu. A przynajmniej tak nam się wydaje.

Wypakowujemy się przy jakimś baraczku i wpadamy w kolejne macki. Oczywiście na wstępie jesteśmy informowani, ze prom odpływa za godzinkę więc jak chcemy to usiądźmy i zróbmy sobie zakupy bo spieszyć się nie ma gdzie. A w międzyczasie załatwimy kwestie transportowe. Słyszymy o kolejnych 120 batach z których musimy wyskoczyć. Ręce już nam opadają, ale po krótkiej kalkulacji wychodzi nam, ze jak za prom plus busa do hotelu to stawka nie jest wygórowana. Jeszcze chwile temu chciano od nas 150 za 3 kilometry do portu. Płacimy więc a pozostały czas wykorzystujemy na podliczenie wydatków. Ponieważ stale nam się wydaje, że transport nas zrujnuje na tym wyjeździe robimy dokładną listę autobusów, busów, taksówek i tuk tuków jakimi przyszło nam się przemieszczać podczas dwóch ostatnich tygodni. I okazuje się, że ledwo przekroczyliśmy 2000 batów czyli około 200 zł od osoby (nie wliczając w to kosztów przelotów za które płaciliśmy wcześniej). Trzeba więc przyznać, że dramatu nie ma.

Przed 6 przyjeżdża po nas busik i zawozi na prom. Jesteśmy jedynymi osobami którym nie chce się podziwiać widoków a wykorzystujemy ten czas na sen. Zawsze to dodatkowa godzina. A w busiku było przyjemnie ciepło. Oczy same się kleiły. Niestety dla nas ta podroż również nie chciała trwać dłużej i około 7.30 dojeżdżamy do drzwi recepcji naszego ośrodka. O ile zazwyczaj nie było problemu z zameldowaniem się przed czasem o tyle teraz niestety nasz pokój jeszcze się nie zwolnił.

Pewnie w każdych innych warunkach poszlibyśmy na spacer, ale deszcz skutecznie odgania takie myśli. Ja zaczynam być zrozpaczona. Nie jest to pierwszy raz podczas naszych wojaży po Tajlandii kiedy jest mi zimno, ale pierwszy raz kiedy to zimno nie jest spowodowane szalejącą klimatyzacją.

zdjecie 971

Na szczęście obsługa naszego hoteliku jest miła, włączają nam tajską telewizje, dają hasło do wifi i pozwalają skorzystać z łazienki. Po dwóch godzinach deszcz ustaje. W dżinsach i bluzach ruszamy w teren. Zmarznięci rozpoczynamy ostatni etap naszych wakacji.

zdjecie 972

%d blogerów lubi to: