Category Archives: Tajlandia 2013

Powrót

SAMSUNG CAMERA PICTURESI czas w końcu przyszedł wracać do domu. Jak mawiają wszystko co dobre szybko się kończy ale ten wyjazd minął jakoś zdecydowanie za szybko. Przy poprzednim odczuliśmy te trzy tygodnie, teraz problemy z pogodą i masa czasu spędzona w podróży gdzieś urwała nam tydzień. I tego tygodnia tak jeszcze by nam brakowało. Mówi się trudno i planuje kolejne wakacje. Read the rest of this entry

Reklamy

Happy Day(s) na Koh Mak

Koh Mak jest niewielką wyspą położoną w połowie drogi pomiędzy Koh Chang i Koh Kut. Początkowo to właśnie ona miała się stać naszą bazą wypadową. Niestety jej dość niewielkie rozmiary i wysokie ceny noclegów skutecznie odwiodły nas od tego pomysłu. Czy żałujemy? Chyba nie, ale cieszymy się, że udało nam się tu dotrzeć chociaż na chwilę.

Pierwotnie mieliśmy wybrać się tu na wycieczkę zorganizowaną. Ale jak się okazało na miejscu nikt takich nie organizuje. Okazało się, że na wyspę kursują szybkie łodzie, ale ich celem jest głównie dowożenie turystów, którzy postanawiają spędzić tam swój urlop. Parą chętnych na kilkugodzinną wycieczkę byli mocno zdziwieni. Ten brak zainteresowania (a być może tylko brak innej oferty) skutkował tym, że na wyspie mieliśmy spędzić tylko około 3 godzin mimo iż wypłynęliśmy pierwszą a wracaliśmy ostatnią łodzią. Sama podroż w obie strony trwała dłużej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mimo, że jak wspomniałam wyspa do największych nie należy i ponoć objechanie jej skuterem zajmuje około godziny to postanowiliśmy ten czas spędzić na nacieszeniu się piękną plażą na która nas dostarczono.  Nie była to najpopularniejsza z plaż tej wyspy, ale za to byliśmy jednymi z 6 osób które na niej wypoczywały. Istny raj na ziemi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Plaża była wąska, woda krystaliczna, prosto z brzegu wyrastały kokosowe palmy. Nie dziwiła nas ich obecność bo kokosów było tu zatrzęsienie. Chyba dopiero teraz zaczęliśmy się zastanawiać nad tym że nim znalazły się na piasku to musiały jakoś spać. A wypadków śmiertelnych z działem kokosów na świecie jest trochę. Takie uroki kokosowego raju – i domu jak głosiły tabliczki.

23

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mimo ograniczonego czasu starczyło go na kąpiele w morzu i łowienie muszli. Jakie było nasze zdziwienie gdy połowa z naszych muszelek postanowiła jednak wrócić do morza. Cóż, smutno nam było, bo były urokliwe, ale bronic im nie zamierzaliśmy. W sumie zapasy naszych morskich znalezisk są już dosyć spore. Chodzące muszelki nie są nam do szczęścia jakoś specjalnie potrzebne.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W cenę naszego biletu na łódź był jeszcze talon do wykorzystania w hotelowym barze. Nie była to wielka kwota, ale okazało się, że ceny na wyspie nie są aż tak wysokie jak głosiły legendy i starczyło nam to spokojnie na zielone żółte curry w wersji z ananasem. Coś znów nam szczęście nie dopisało albo w zeszłym roku mieliśmy wyjątkowe i poprzeczkę postawiliśmy zbyt wysoko, bo nie utkwiło nam ono jakoś specjalnie w pamięci. Ale za to okoliczności w jakich przyszło nam je konsumować zostaną nam w pamięci na długo. Myślę, że mogłabym tam jadać zdecydowanie częściej.

22

W tak pięknej okolicy czas leci szybko i nim się obejrzeliśmy nasza łódź była już z powrotem po nas. Trochę szkoda, że nikt nie wpadł na to by organizować tam wycieczki. A sąsiednia koralowa wyspa z piaskiem tak białym że bił w oczy nawet z odległości kusiła nieziemsko. Nie zdziwi nas jednak gdy przy kolejnej wizycie taka możliwość się już pojawi, bo potencjał Koh Chang i wysp okolicznych jest bardzo duży i jeszcze w niewielkim stopniu wykorzystany. Stety lub niestety to się z pewnością niebawem zmieni.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Coffee in love – Starbucks po tajsku

            Kiedy po wszystkich śpiewach i pianiach w końcu udało nam się zasnąć było już widno. Dzień zatem rozpoczął się z małym opóźnieniem, ale żadna siła nie była nas w stanie wyciągnąć z łóżka. Co za koszmar. Obejrzeliśmy wszystkie okna, uszczelniliśmy co się dało, ale nie czuliśmy aby miało to przynieść jakieś pozytywne zmiany. Chyba trzeba będzie się nauczyć żyć w zgodzie z naturą.

            Kiedy ja się próbuję ogarnąć Grzesiek rusza odebrać nasze pranie. Wraca z ciuchami i ze skuterkiem. Wspaniale. Pojazd jest piękny wygodny, kaski twarzowe. No żyć nie umierać. Przyjemność ta kosztowała nas 150 batów.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Nim ruszymy w drogę czeka nas jeszcze pyszne śniadanie i kawa nad mapką okolicy. Nazwy nam niewiele mówią. Jest coś o kawie i o truskawkach. Nie do końca wiadomo czego się spodziewać. Ale póki co niespodzianki w Tajlandii były zawsze miłe. Skuterek zatankowany, kierunek wybrany, brzuszki pełne… Jedziemy!

            Nasza dzisiejsza trasa usłana jest serią kawiarenek o cukierkowo brzmiących nazwach. Pierwsza z nich to „Coffee in love”. Brzmi przyjemnie? I tak też jest. Jest to kawiarnia z obłędnie pięknym widokiem na okolicę. Przytulny budyneczek, kilka altanek otoczony parkiem. Od razu mija niewyspanie i już troszkę mniej żałuję, że tu przyjechaliśmy. Jeśli dodamy jeszcze do tego piękną pogodę, byliśmy wniebowzięci. Zdjęć robimy milion i jedziemy dalej. W końcu punktów na mapie mamy jeszcze sporo.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

            Następny to te magiczne truskawki. „Strawberry in love”. No nie są za bardzo oryginalni. Kiedy tu przyjechaliśmy to poczuliśmy troszkę o co chodzi z tym Disneylandem. Ale wróćmy do tematu. Miejsce położone pięknie. Widoki oczywiście wspaniałe, tylko wszystko dookoła usłane gigantycznymi truskawkami. O ile pierwszy punkt zrobił na nas pozytywne wrażenie o tyle ten zaczyna już trącić tandetą. Zdziwieni jednak jesteśmy ilością oferowanych tu truskawek. No i w końcu znajdujemy coś, co u nas jest dużo tańsze niż w Tajlandii.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Ale dość już miłość w Pai. Tym razem zmierzamy w stronę Kanionu. Brzmi oczywiście ciekawie. Tym razem z parkingu czeka nas krótki spacer.

13

Po drodze spotykamy piękną jaszczurkę wspinającą się po drzewie.

14

Może nie jest tak okazała jak waran z Erewanu ale zawsze to coś. Sam kanion.. no cóż. Ze wszystkiego da się zrobić atrakcję a jak wiadomo Tajowie są w tym bardzo dobrzy. I tak przebiło to gorące źródła, które czekały na nas za chwilę. Tzn. źródła być może i były ciekawe ale aby móc je zobaczyć trzeba było zapłacić jaką kosmiczną kasę. A jakiś parujący śmierdzący ciek przed wejściem wcale nas nie zachęcił.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

W drodze do gorących źródeł wpadamy na jakiś historyczny most. Największą jego atrakcją było to, że mógł się w każdej chwili zarwać. Ale coś takiego jest w tym miasteczku, ze te wszystkie pseudo atrakcje naprawdę sprawiają radość.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

            Czas zawrócić i zobaczyć co dzieje się z drugiej strony. Czekać ma na nas wodospad, wioska chińska i ośrodek ze słoniami. Co do pierwszych dwóch miejsc, nie mogę powiedzieć, ze któreś z tych miejsc zrobiło na nas jakieś specjalnie duże wrażenie, choć też skłamałabym gdybym napisała, ze nam się nie podobały. Ogólnie krajobrazy w okolicach Pai są tak piękne, ze punkty na mapie są tylko pretekstem do podziwiania widoków. Miło jeździ się w kółko i podziwia pola ryżowe.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

            Duże wrażenie zrobił na nas ośrodek ze słoniami. Nie bardzo wiedzieliśmy czego się spodziewać. Sporo się naczytaliśmy na temat traktowania tych zwierząt. Tu jednak wyglądały na zadowolone, a zabawa ze słoniem w rzece… Szkoda, że czas nas nagli. W planach mamy dwudniowy trekking, ale w końcu wybieramy się na Koch Chang, czyli Wyspę Słonia i tam już nic nie będzie nas naglić.

15

            Wieczór spędzamy w miasteczku. Zaczynamy go od kolacji i pysznego curry, a potem masaż. Tego mi było trzeba. Po powrocie do Tajlandii zauważyliśmy nieznaczny, ale jednak wzrost cen. Jedyne co nas zaskoczyło pozytywnie to ceny masaży które rok do roku były tańsze. W 2012 roku po długim targowaniu udawało nam się uzyskać cenę 300 batów za masaż. Teraz cena wyjściowa to było 200. W końcu możemy się zrelaksować. A zrelaksować się trzeba bo jutro planujemy iść w góry.

            Wstępne rozeznanie zrobiliśmy dzień wcześniej. Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu nie ma zbyt wielu punktów które są gotowe zorganizować nam dwudniową wyprawę. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że Pai jest właśnie idealnym miejscem do takich wycieczek. W końcu natrafiamy na dwa punkty organizujące wycieczki połączone ze spływem na pontonach. Jeden z nich (droższy) prowadzony jest przez Francuza, który jakiś czas temu osiadł w miasteczku, drugi z kolei przez…jego byłego współpracownika (narodowości tajskiej). Dwudniowa „wyprawa” brzmi interesująco, wydaje się też opcją mniej męczącą niż ta w której braliśmy udział rok wcześniej. Poznajemy przy tym historię mega konfliktu między dwoma właścicielami konkurencyjnych firm. W końcu nie dając się wciągnąć w zatargi miedzy panami wybieramy ofertę tańszą. Co prawda w dalszym ciągu jest to cena dla nas bardzo wysoka (w okolicach 2000 batów przy czym rok wczesnej za trekking, ale bez pontonów płaciliśmy około 900 batów), ale w zasadzie nie mamy wyboru, bo konkurencji w Pai brak.

            Humory poprawiamy sobie plackami z bananów i innymi cudami oferowanymi na straganach. Jest coś takiego w tym miasteczku, że jest człowiekowi w nim miło. Może jedynym minusem jest perspektywa nocy przy nieustającym akompaniamencie koguciego piania. Dziś postanawiamy się lepiej przygotować do nocy. Zwiększamy zapasy Changa do tego melatonina i może będzie lepiej. Zwłaszcza, że czeka nas wczesna pobudka.

Pai – tajskie Zakopane

To był jeden z najgorszych dni naszego wyjazdu. Bynajmniej nie dlatego, że wydarzyło się cokolwiek złego, ale dlatego, że nie wydarzyło się wiele. Był to dzień poświęcony na przemieszczanie. Do pokonania mieliśmy spory kawałek drogi jednak nie spodziewaliśmy się, że może nam podróż zająć cały dzień. Ale zacznijmy od początku.

Wstaliśmy wcześnie, bo cóż tracić dzień. Udaliśmy się na dworzec i tu okazało się, że troszkę nawaliliśmy. Poczuliśmy się już tak pewnie, że nie kupiliśmy biletów z wyprzedzeniem.           W efekcie przyszło nam spędzić półtorej godziny na dworcu autobusowym. Nasze nocne koczowania na dworcach wspominamy dość miło, ale tracić czas w ciągu dnia… No trudno. Nie mamy wyboru. Na szczęście kiedy już wsiedliśmy to do Chiang Mai dojechaliśmy dość szybko. A do przejechania było ponad 180 km.

Kiedy wysiedliśmy okazało się, że dworców w Chiang Mai jest więcej niż jeden. Na szczęście oddzielone są od siebie tylko ulicą. Przeciągnęliśmy więc manatki na drugą stronę (po wysokich krawężnikach wcale nie jest to takie proste) i liczyliśmy, że lada moment będziemy już w drodze do Pai. Tym razem czekało nas 130 km, czyli powinno pójść nam sprawnie.

Znów nie dopisało nam szczęście. W Kolejnym autobusie nie było dla nas miejsca. Na szczęście odjeżdżają co godzinę więc załapaliśmy się na następny, a czas który nam pozostał spożytkujemy na jedzenie. Bierzemy manatki i idziemy.

Rety, ale te walizki są ciężkie. Przejechanie 100 metrów okazało się być przeprawą równą wejściu na Mont Everest. Grzesiek działał na dwa fronty i dzielnie dźwigał moją przez te przeklęte krawężniki. Swoją drogą zastanawiające, że nic nie kupiliśmy, a nasz bagaż jest o 10 kg cięższy.

Z uwagi na mało komfortowe przemieszczanie się nie wybrzydzamy siadamy w pierwszej lepszej knajpce i zamawiamy jedzenie. Nie było powalające, ale jakoś szczególnie złe też nie. Do tego dobra kawa i jesteśmy gotowi do drogi. Jest 13.30 i przy dobrych wiatrach o 16 będziemy już w swoim pokoiku.

Bus którym jedziemy jest malusieńki. Mam wrażenie, że nawet Azjatom musi być w nim niewygodnie. Pierwsza godzina jazdy mija dość sprawnie. Schody zaczynają się potem. Ostatnie 70 km drogi zajmuje nam niemal 3 godziny. Nie było chyba nawet 300 metrów prostej. Góra, dół, prawo, lewo. Nawet osobom bez choroby lokomocyjnej zacznie wariować błędnik. Jedyne co pozostaje to czytać i za nic nie wyglądać przez okno. Może jakoś damy radę to przeżyć. Najgorsze, ze aviomarin leży spokojnie w walizce na dachu.

Przyszedł taki moment podczas tej jazdy, że przestałam wierzyć w to, że w ogóle dojedziemy przed północą. W końcu zaczynają pojawiać się reklamy hoteli w Pai. Trochę to dołowało, gdy informowały, że leżą 15 km dalej.. ale to już tylko 15 km. I tak kolejną godzinę. Oby było tam fajnie bo będę przeklinać dzień kiedy przyszło mi do głowy tam jechać.

Dworzec w Pai jest malusieńki. Ma powierzchnię 6 minibusów. Na stałe są tam jakieś 4 reszta miejsca na wymijanie. Pierwsza rzecz, która mnie zdziwiła to brak taksówek i naganiaczy. Trzeba się dostać do hostelu tylko jak? Bierzemy mapę. Wygląda na to że jest to niedaleko. Chyba tajski klimat zaczyna mi się udzielać bo i ja mam problemy z odczytaniem mapy. Wchodzimy na jakiś linowy most. Yyyyy. Chyba to nie jest ta droga. Poziom wściekłości na poziomie wysokim. Wycofujemy się z mostu patrzymy przed siebie… i jest. 50 metrów od dworca.

Hostelik miły, cały drewniany, recepcjonistka uśmiechnięta. Jeszcze tylko trzeba się wdrapać po mega stromych schodach na pięterko i będziemy w pokoju. Co oni widzą w tych stromych schodach? Do pokoju wchodzi się z tarasu. Na piętrze jest ich 4. ja bym mogła na tarasie zostać. Jeszcze nie weszłam do pokoju a już mi się podoba. Pokoik nie zawiódł. Łóżko było duże i nawet doczekałam się szafy. Przy 4 dniach pobytu to spore ułatwienie.

Skoro już mamy tu spędzić więcej czasu trzeba się troszkę zorganizować. Zaczynamy od prania. Co prawda jak się dobrze poszuka to są pralnie które w ciągu 3 godzin oddadzą nam czyste uprasowane rzeczy, ale po cóż się spieszyć na wakacjach? Z workiem ciuchów ruszamy w miasto. A raczej miasteczko bo Pai to ponoć tylko 4 ulice. No coś w tym jest.

18

Oddajemy rzeczy i idziemy się rozejrzeć. Miasteczko jest specyficzne. I  tak mało tajskie jak tylko się da. Pai często nazywane jest Tajskim Disneylandem. Ja bym takiego porównania nie użyła. U mnie budziło skojarzenia z dzikim zachodem ale pewnie każdy miałby swoje własne. Wynikało to pewnie głównie z faktu, iż zabudowa w miasteczku jest głównie drewniana. Gdyby osunąć przewodu energetyczne i wszystkich turystów mogłoby się stać scenerią do nagrania westernów. Ale turystów usunąć się nie da. Są jak wrośnięci w ta małą wioskę i są dosłownie wszędzie. Szczerze to zastanawiałam się jak te małe busiki są w stanie dowieźć tu tylu ludzi.

19

Tradycyjnie wieczorem życie w tajskich miasteczkach ożywa i rozpoczynają działalność nocne targi. Tu również całe ulice zastawione są stoiskami z jedzeniem i pamiątkami. W Centralnym punkcie miasta jest plac niemal w całości zastawiony stolikami. Tu można zjeść najtaniej w całym miasteczku i wszystko czego się tylko zechce. Co do jakości… hm. Jadaliśmy lepiej ale, ze też nie było. Na deser wciągami bananowe placki (które to staną się już naszą nową świecką tradycją w tym miasteczku) i tak oto zastaje nas noc.

16

Skoro mamy tak piękny taras to postanawiamy go wykorzystać. Jesteśmy zmęczeni po całym dniu podróży jednak miasteczko ma taki fajny klimat, że aż się ciężko zmusić do pójścia spać. A nic nas nie goni bo na jutro zaplanowane mamy zwiedzanie okolicy na skuterku. Wieczór spędzamy w towarzystwie naszego pluszaka i okolicznego kota, który to wpadł pochwalić się swoją zdobyczą. Do tej pory byłam przekonana, ze koty polują na myszy w celach rekreacyjnych. Kiedy nie wykazaliśmy zainteresowania wspólną kolacją nasz towarzysz schrupał myszkę w ciągu kilku minut. Nie został z niej nawet kawałek ogonka 😦

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Po nadrobieniu internetowych zaległości, wysłaniu wiadomości, że żyjemy i mamy się dobrze, zimnym Changu i pożegnaniu się z kotem udajemy się na spoczynek. Niestety spaniem tego nazwać nie można bo nie przeszliśmy chyba nawet jednego cyklu fazy NREM. Około 2 w nocy w miasteczku zaczyna się koguci koncert. Wiele słyszałam o akustyce w greckich teatrach. Nie wiem, czy mieszkańcy Pai czerpali z nich inspirację ale muszę przyznać, ze pierwszy raz mi się zdarzyło, żebym miała wrażenie, ze śpię z kogutem w jednym łóżku. I nie pomagało absolutnie nic! Ani nakrywanie się poduszkami, ani zatykanie uszu. W końcu postanowiliśmy zabić najgłośniejszego skurczybyka. Za narzędzie zbrodni miała nam posłużyć popielniczka z tarasu. Niestety nasz koguci śpiewak nie postanowił się ujawnić. Bliska załamania nerwowego wróciłam do łóżka. Kogut w końcu po dwóch godzinach ucichł. O 5 nad ranem swój śpiew zaczął Muezin z pobliskiego Meczetu.

20

Chiang Rai

            Ten dzień wyjątkowo zaczyna się wieczorem dnia poprzedniego, ale uznałam, że tak historia będzie bardziej spójna. Jest wieczór dnia piątego naszej wycieczki, a my właśnie po godzinnym locie wysiadamy na lotnisku w Chiang Rai. Lotnisko jak lotnisko. Jest zdecydowanie większe niż się spodziewałam, zwłaszcza zważywszy na bliskość portu w Chiang Mai. Jest jednak na tyle małe, że  całość przeprawy zajmuje nam chwilę.

            Przed lotniskiem oczywiście oczekuje cała grupa naganiaczy. Jest późno, a my chcemy wybrać się jeszcze na spacer więc nie poświęcamy zbyt wiele czasu na targowanie. Do przejechania mamy około 10 km. Już na początku zadziwił nas dziwny spokój w tym mieście i niespotykane pustki na ulicach. Po gwarze Bangkoku był to niemały szok. Jedziemy dobrych kilkanaście minut, a na ulicach jest pusto jakby miasto wymarło. Spodziewamy się, że zbliżając się do centrum i nocnego targu to się zmieni, ale dalej widzimy tylko pojedyncze osoby.

            W końcu trafiamy do hotelu. Według mapy położony jest niemal w samym centrum, ale my ciągle mamy co do tego wątpliwości. Nie zostaje nic innego jak udać się na spacer, ale najpierw musimy zostawić rzeczy. I tu niemiła niespodzianka. Nie ma naszej rezerwacji. Mało tego obsługa po angielsku nie mówi prawie nic albo bardzo dobrze udaje. Nasze wydruki rezerwacji oraz okazanie jej w wersji mobilnej niewiele zmieniają, ale jeśli nas to satysfakcjonuje to zamiast doubla jest wolny twin, możemy się w nim ulokować a rano wyjaśnić sytuację z Agodą.

            Nie bardzo mamy wybór, a konfiguracja łóżek nie jest sprawą aż tak kluczową byśmy teraz przemierzali miasto w poszukiwaniu innego miejsca, zwłaszcza, że rezerwacja została opłacona z góry. Pokój jest jednak bardzo ładny (zaryzykuje stwierdzenie, ze najbardziej komfortowy ze wszystkich w jakich mieszkaliśmy w Tajlandii kiedykolwiek). Ta przyjemność kosztowała nas całe zawrotne 40 zł za dobę za pokój.

            Zostawiamy rzeczy i szybko ruszamy w miasto. Tylko gdzie by tu iść? W końcu trafiamy na jakiś młodych ludzi którzy wskazują nam drogę. Brak jakiegokolwiek ruchu jednak nie napawa nas optymizmem. Podczas pierwszej wycieczki w drodze z Pałacu Królewskiego w Bangkoku na dworzec kolejowy zdarzyła nam się parokrotnie sytuacja, że podawano nam nieprawdziwą drogę. Nie wiem czy ze złośliwości, czy ze zwykłego braku porozumienia, jednak przy każdym skręcie lepiej było zapytać się 3 różnych osób i wyciągnąć z tego jakąś średnią. Tu jednak nie mieliśmy kogo. W końcu na naszej trasie stanęły dwie miłe Francuzki. One jednak też nie miały pojęcia gdzie nocny targ się znajduje.

            Przestając już pomału wierzyć w jego istnienie w końcu na niego trafiamy. Nie wiem jak, ale się udało. Niestety jesteśmy troszkę za późno. Jest raptem 21 a wszyscy zbierają się już spać. Organizujemy więc sobie kolację i też planujemy udać się grzecznie na spoczynek. Napawając się ciszą wracamy do hotelu.

            Rano grzecznie udajemy się na recepcję. Skład inny, poziom angielskiego taki sam. Nikt nie wie o co nam chodzi, w papierach wszystko się zgadza, pieczątka PAID przybita. Oj chyba pani chciała jakoś zgrabnie ukryć brak pokoju z podwójnym łóżkiem. Wybaczamy to jednak, szkoda tylko, że zajęło nam to wczoraj tyle czasu. Najważniejsze, ze już wszystko gra i można się udać na zwiedzanie. Problem polega na tym, że nie bardzo mamy pomysł gdzie się udać. Oj zaczyna wychodzić nasze nieprzygotowanie. Udajemy się więc do pierwszej lepszej agencji turystycznej i robimy rozeznanie. Oczywiście jest mnóstwo wypraw w góry, ale wycieczki już ruszyły i w zasadzie to mogą zaproponować nam coś na jutro. Hmm.. ale my chcemy zobaczyć coś dziś. Idziemy więc dalej. Grzesiek mówi coś o jakiejś świątyni. Idziemy więc na dworzec autobusowy.      Nim jednak tam dotrzemy zaczepiają nas tuktukowcy. Nie koniecznie mamy ochotę na korzystanie z ich usług, ale okazuje się ze za 100 batów możemy do świątyni dojechać, wrócić z niej i ominie nas czekanie na transport publiczny. A i sama przejażdżka jest zawsze jakąś przyjemnością.

            Podroż jest oczywiście miła, wiatr przyjemnie chłodzi. Do przejechania jest kilkanaście kilometrów, ale tuktuki nie należą do najszybszych form transportu, więc zajmuje to dobrze ponad pół godziny. W sumie to nigdzie nam się nie spieszy. To, co zobaczyliśmy po przyjeździe przeszło nasze najśmielsze oczekiwania.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

            Wat Rong Khun, popularnie zwana White Temple zapiera dech w piersiach. Kopary opadły nam do ziemi i chwile nam zajęło nim udało nam się je ciut podnieść, abyśmy mogli pójść zobaczyć ją z bliska. Świątynia jest stosunkowo nowym tworem. Jej budowę rozpoczęto w 1997 roku. Jej biel połączona ze srebrnymi zdobieniami na tle kobaltowego nieba. Nie da się słowami opisać wrażeń, jakie w nas wzbudziła. A ukończona ma zostać dopiero w roku 2070. Myślę, że warto będzie się tam wybrać by zobaczyć, czym jeszcze zdołali ja upiększyć.

            Otacza ją wiele figur potworów, mających symbolizować piekło. Ale jakie piekło w takim raju. Myślę, że gdyby nie czekający na nas tuk-tukowiec mogłabym spędzić cały dzień patrząc i robiąc setki zdjęć. Przez chwile zaczęłam się martwić czy starczy mi miejsca na karcie. A jeszcze dwa dni temu bałam się, że nie przywieziemy z tego wyjazdu ani jednego zdjęcia. Selekcja po powrocie była ostra.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

            Odszukujemy naszą karocę i ruszamy w drogę powrotną. Ledwo dojedziemy do dworca a znów obsiada nas stado naganiaczy proponujących przejazd do Black Temple. Rezygnujemy jednak na rzecz obejrzenia miasta. Grzesiek wszedł w posiadania mapki z wyznaczona trasa rowerową. Nim jednak znajdziemy wypożyczalnię rowerów (zamkniętą już swoja drogą) odwiedzimy połowę z zaznaczonych świątyń. Z reszta z moimi lękami przed całym otaczającym mnie światem, nawet w tak spokojnym mieście ciężko by mi było się zmusić by jeździć wspólnie z tajskimi kierowcami po jednych drogach. Pomysł z wynajęciem tuk-tuka umiera, gdy napotkani panowie nie wiedzą, o jakie miejsca ich pytamy, a zostały nam właśnie największe atrakcje turystyczne miasta.

Nogi wchodzą nam już nie powiem gdzie, ale się nie poddajemy. Troszkę zagubieni w końcu odnajdujemy ostatnie dwie świątynie, które znalazły się na naszej liście: Wat Phra Kaew i Wat Phra Singh. Ta pierwsza słynie głownie z tego, że niegdyś przechowywano w niej największą świętość Tajlandii, czyli posąg Szmaragdowego Buddy. Dziś znajduje się tam jego kopia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzięki swobodniejszej atmosferze tego miejsca można obejrzeć posąg z bliska i dokładnie. W Bangkoku jest to o wiele trudniejsze. To, co również zasługuje na uwagę to małe posążki Buddy we wszystkich pozycjach(to może zainteresować przede wszystkim tych, którzy przedzierając się przez przewodniki rozszyfrowują, czym różni się Budda Kroczący od Rozpraszającego Strach itd.). Niestety ich opisy są w języku tajskim. Przy tej świątyni znajduje się również klasztor bądź szkoła dla młodych mnichów. Dziesiątki jak nie setki młodych, wesołych chłopców kręci się po okolicy.

Chiang Rai jednak sprzyja odwiedzaniu świątyń pomniejszych. Jest ich tam niezwykle dużo. Ponieważ ogólnie miasto nie jest zbyt wielkie, to jest czas na to by odwiedzać też mniej znane punkty. Wystarczy zacząć się kręcić przy jednej z nich, a zaraz znajdzie się jej opiekun, który wprowadzi nas do środa. Nie zapomnijcie tylko o drobnym datku na koniec.

Mocno zmęczeni wracamy do hotelu. To jednak jeszcze nie koniec dnia. Przed nami wizyta na nocnym targu. Tym razem planujemy się nie spóźnić.

Po spędzeniu w tym miasteczku niespełna doby okazuje się, że poruszanie się po nim jest bardzo łatwe. Co prawda do tej pory nie trzeba było spoglądać na mapy bo zawsze można było iść z tłumem i doszło się na miejsce. W miasteczku głównym punktem orientacyjnym jest wieża z zegarem. Póki mamy ja w zasięgu wzroku, zawsze dotrzemy, tam gdzie chcemy.

Już idąc do hotelu zauważamy, że coś jednak w tym miasteczku zaczyna się dziać. Na placu w pobliżu naszego noclegu rozstawiają się stoliki, zjeżdżają wózki z jedzeniem a drzewo ozdabiane jest tysiącem srebrnych rurek. Nie wiemy, co akurat świętowano, ale impreza była bardzo udana i jak na to senne miasto trwała dosyć długo, bo jej zgliszcza tliły się jeszcze koło 22 gdy wracaliśmy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ale wróćmy do targu. Nie jest on tak okazały jak ten w Ciang Mai, ale mniej komercyjny. Rozlokowany jest wokół wielkiego placu centralnego ze sceną, na której odbywają się występy, otoczonego stoiskami z jedzeniem. Plac jest pełen ludzi. Ciężko igłę byłoby tam wcisnąć. Co jednak ciekawe, ciężko tam również zobaczyć białego. Na scenie kabaret. Wszyscy pękają ze śmiechu. Szkoda, ze nie rozumiemy ich języka.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Nie planujemy wielkich zakupów. Bardziej nastawiamy się na jedzenie. Ciężko jednak chodzić w Tajlandii po bazarach i nie dać się na nic skusić. Wychodzę wiec z gumowymi butami. Przy wilgotnej aurze mogą się jeszcze przydać. W końcu trafiamy na stoisko z pluszakami. Nie były to jednak zwykłe maskotki, ale zabawki robione na drutach. Gdy byłam małą dziewczynką mama dziergała mi podobne. Jako świeżo upieczona ciocia jestem żywo zainteresowana tematem. Cena jednak nie powala z nóg. Za maskotkę, która wybrałam po długich targach pada cena 550 batów (ok. 55 zł). Jak na tajskie warunki jest to rozbój w biały dzień. Idziemy wiec dalej jednak nie dają nam one spokoju. Wyróżniają się również oryginalnością wśród wielu tandetnych pamiątek.

Postanawiamy wiec wrócić i negocjować dalej. Ku mojemu przerażeniu jakieś dwie kobiety przymierzają się do moich zakupów. A kysz!, A kysz!. W końcu odchodzą z małym misiem, a ja po wyproszeniu kolejnej obniżki wchodzę w posiadanie Małej Pluszowej Małpki, zwanej Małpką, Pluszową Małpką bądź też Mała Pluszową Małpką. Miała być prezentem, stała się wierną towarzyszką naszych wszystkich podróży. Od tej pory wyjazd minie nam pod hasłem szukamy godnej następczyni Małpki.

Już w trójkę wracamy do hotelu. Zahaczmy jeszcze o stoisko z naleśnikami z bananem i rozwiązujemy zagadkę rurek na drzewie (jest to specyficzny rodzaj loterii polegającej na łowieniu losów z drzewa), i nie śpiesząc się zbytnio docieramy do pokoju. Miasto już śpi. Trzeba było iść spać razem z nim, bo najbliższe noce dadzą nam popalić.

wszystko i tanio…Chatuchak

            Znów po długim wieczorze budzimy się z bólem głowy. Ech, chyba się starzejemy. Ale to i tak lepsze niż jet lag. Rok wcześniej na tym etapie podróży nie byłam w stanie normalnie funkcjonować przed południem. Widać prawdą jest, że podróże kształcą. Najważniejsze, żeby z tych nauk wyciągać wnioski i wprowadzać je w życie. Dziś co prawda nie musieliśmy wstawać z budzikiem, ale nie chcieliśmy przespać całego dnia. Zwłaszcza, że był to nasz ostatni dzień w Bangkoku, pogoda w końcu się poprawiła, a przed nami była atrakcja, której bardzo nie mogliśmy się doczekać.

            No właśnie. Gdy pisałam o motywach naszego odwrotu do Tajlandii wspomniałam o wycieczce na Damnoen Saudak. Może dlatego, że nie zrealizowaliśmy tego planu po raz drugi. Było jednak jeszcze jedno miejsce, które bardzo chcieliśmy odwiedzić – weekendowy bazar Chatuchak. Myślę, że czas na odwiedzenie go podczas pierwszego wyjazdy wykopalibyśmy spod ziemi, gdyby nie fakt, że jak sama nazwa wskazuje jest to bazar weekendowy, a my jak na złość żadnego weekendu w Bangkoku nie spędzaliśmy. Tym razem jednak mogliśmy nadrobić zaległości i muszę przyznać, że gdybym miała wskazać miejsce w Bangkoku,  które najbardziej mi się podobało to byłby to właśnie Chatuchak i China Town na równi. Jakoś nie umiem się zdecydować.

            Na bazar dojeżdżamy taksówką. Jakoś dziwnie to w Bangkoku funkcjonuje, że zawsze taniej się gdzieś dojeżdża niż wraca. Za 100 batów (z napiwkiem) jesteśmy więc na miejscu. Przy wejściu otrzymujemy mapkę z planem targowiska. Na pierwszy rzut oka nie wygląda on na jakoś wyjątkowo duży. Ze Stadionem X-lecia nie miałby się nawet co porównywać, ale mimo to spędzimy tam kilka godzin.

19

            Spacer rozpoczynamy od sektorów z ubraniami. Nie planujemy robić zbyt wielkich zakupów, może jakoś drobiazg dla świeżo urodzonej bratanicy, ale poza tym ciągle mamy w pamięci akcję „kupimy ciuchy na treking w góry” która to skończyła się modłami o szybkie pranie, bo Grzesiek w nic się nie mieścił. Jednak ogrom tego wszystkiego sprawił, że postanowiliśmy jeszcze wybrać się na zakupy ostatniego dnia przed odlotem, aby nie obciążać póki co naszych bagaży.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

            Po sektorach z ciuchami jest czas na pamiątki, szpargały i inne cudeńka, potem zwierzęta i na końcu jedzenie. Oj nogi już bolą, a temperatura rośnie. Szkoda, że akurat jak nie pada to spędzamy niemal cały dzień pod dachem. Zgrzani popijamy wodę kokosową z buteleczek – mniej efektowne, ale praktyczniejsze niż z kokosa – i wcinamy lody kokosowe. Przepyszne, zimne podane w kokosowej skorupce z paskami miąższu, polane kokosowym mleczkiem, posypane orzeszkami. Obłęd!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

            Jeśli jeszcze nie dostaliście ślinotoku, to po drugiej stronie ulicy znajduje się targ tylko z jedzeniem. Ogromne krewetki, kalmary i inne cuda. Duuuużo zieleniny, owoców i czego tylko dusza zapragnie. A do tego masa garów z nie do końca wiadomo czym. Wiadomo, że smacznym. Czas więc na obiad. Ależ to było ostre 😛

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

11

            Z wielkim smutkiem opuszczamy to miejsce. Wieczorem mamy lot do Chiang Rai. A trzeba jeszcze wrócić po bagaże. W sumie to z Chatuchaka na lotnisko lokalne Don Mueang jest dość blisko, jednak nie mieliśmy pewności, czy znajdziemy przechowalnię bagażu więc trzeba wrócić na Khao San.

            Znów zaczyna się akcja taksówki. Tym razem chcą od nas 300 batów. Bo trzeba jechać autostradą, bo są korki i w ogóle. W końcu staje na 200. Korki są rzeczywiście spore. Jazda autostradą nie pomaga. Nie pali nam się jeszcze, ale mimo wszystko nie lubię robić wszystkiego na ostatnią chwilkę. A jeszcze czeka nas ta sama trasa w drugą stronę.

            Tym razem targowanie poszło nam dużo sprawniej. Pierwszy taksówkarz zgodził się nas zawieźć za 300 batów z opłatami autostradowymi. Uznajemy tą opłatę za uczciwą zważywszy na naprawdę duże korki i wsiadamy. To było bardzo dobre posunięcie, bo korki okazały się jeszcze większe niż w drodze z Chatuchaka. My na szczęście mamy spory zapas czasu, bo planujemy jeszcze zakupić bilety na autobus na Koh Chang. Wiemy, że odjeżdża z lotniska, ale nie znamy ani szczegółów ani lotniska Don Mueang. Nie stresujemy się więc mocno, a czas wykorzystujemy na wypytanie taksówkarza na temat rozpoczynających się strajków. Chyba wówczas nikt się nie spodziewał, że skończą się jakimś przewrotem. Szczegółów nie poznajemy. Bariera językowa jest duża. W sumie dowiedzieliśmy się tylko tyle, że taka piknikowa atmosfera jest normalna dla strajków w Tajlandii i że oczywiście jeśli nie wiadomo o co chodzi to z pewnością o pieniądze. No cóż, może jak dotrzemy na północ będziemy mieli więcej czasu na oglądanie telewizji to poznamy szczegóły.

            Jesteśmy na lotnisku więc czas załatwić ostatnią rzecz która nie dawała mi spokoju a więc bilet na autobus na Koh Changa. Ale zaraz zaraz, gdzie tu jest jakiś dworzec? Nie ma.. no nic, idziemy do informacji. Przemiła Pani nas informuje, że oczywiście jeżdżą busy na Koh Chang z lotniska, ale z Suvarnabhumi. Czemu nam się ubzdurało, że z tego? Nie wiemy. No nic, na północy spędzimy prawie tydzień więc spokojne damy rade coś zorganizować. Dziękujemy Pani uprzejmie i z wielkim żalem odrzucamy jej propozycje wynajęcia nam samochodu za cenę przewyższającą nasz cały budżet przewidziany na plażowanie i ruszamy do odprawy.

            Samo lotnisko jest stosunkowo niewielkie i dość nudne. A czasu mamy naprawdę sporo. Cóż chyba trzeba po prostu przywyknąć do tego, że podróże zabierają nam tyle czasu. A będzie jeszcze gorzej. W końcu rozpoczyna się odprawa. W sumie spędziliśmy na lotnisku dwa razy więcej czasu niż w samolocie. Lot trwa nieco ponad godzinę. W drodze uświadamiamy sobie, że nasz powrót nie wypada w żaden dzień weekendowy więc znów nici z zakupów…

Pływający bazarek Amphawa

O dziwo udało nam się wstać około 9 rano bez większych problemów. Widać akcja melatonina okazała się być skuteczna. Szkoda tylko, że dzień przywitał nas deszczem. Mieliśmy już pewne doświadczenia z ulewami w Tajlandii wiec głęboko wierzyliśmy, że to tylko chwilowe. Wyposażyliśmy się w parasole na recepcji i ruszyliśmy na podbój miasta. Mieliśmy kilka godzin, gdyż wyjazd na pierwszą wycieczkę mieliśmy zaplanowany na godzinę 13.

Pierwsze kroki skierowaliśmy do budki z ananasami. Śniły się nam one po nocach. Co prawda świeże ananasy i u nas są już coraz lepsze, ale dalej daleko im do tych azjatyckich. Oczywiście nie daliśmy rady zaspokoić tym naszego głodu więc już chwilkę później siedzieliśmy w hinduskiej knajpce kilka metrów dalej. Obiecaliśmy sobie, że o ile tylko będzie to możliwe będziemy unikać europejskich śniadań, bo ogranicza nam to możliwości poznawc nowych smaków, tak wiec po chwili mieliśmy dwa rodzaje curry, roti oraz pyszny jaśminowy ryż na stole. Ach.. i obłędna kawę. W Tajlandii podają znakomitą, mocną kawę. Trzeba przyznać, że wszystko wyjątkowo nam tam smakowało. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, ze było to najlepsze curry jakie jedliśmy przez podczas tego wyjazdu.

Ponieważ nasz hotel mieścił się blisko przystani, udaliśmy się na drugą stronę rzeki na targ. Odkryliśmy to miejsce ostatniego dnia naszego pobytu rok wcześniej i mieliśmy ochotę powłóczyć się gdzieś, gdzie nie jest tak „biało”, a jednocześnie na tyle blisko, żebyśmy zdążyli wrócić na czas.

Bazarek nas nie zawiódł, zapachy też – może tylko porcja zupy na którą się skusiliśmy była maleńka, ale trudno. Okazji do zapełnienia pustki w brzuchu w Bangkoku nie brakuje. I jedynym minusem był ciągle padający deszcz. Prognozy nie były optymistyczne, ale nadzieja na poprawę pogody nie zniknęła. Koło południa rozpoczęliśmy odwrót i skierowaliśmy swoje kroki w okolice Khan Sanu skąd mieliśmy udać się na pierwszą zaplanowaną wycieczkę czyli na targ w Amphawa.

Amphawa jest częścią prowincji Ratchaburi, położonej na południowy zachód od Bangkoku. Aby tam dotrzeć trzeba uzbroić się w cierpliwość. Sam wyjazd z Bangkoku trwa całe wieki. Nim dojedzie się z niego na pierwszy przystanek w Mae Klong Market miną 3 godziny.

Po wizycie w tym miejscu spodziewaliśmy się wiele. Nie zrażał nas nawet ulewny deszcz. W końcu czego się nie robi aby mieć swoje upragnione zdjęcie. Dochodzimy do torów kolejowych. Wypatrujemy pociągu. Niestety z powodu deszczu dziś nie przyjedzie. Byłoby to zbyt niebezpieczne. Tłumaczenie, że czegoś nie ma z powodu deszczu będzie nam uprzykrzać ten wyjazd. Bierzemy wiec aparaty i idziemy mimo wszystko spróbować swoich sił. W końcu nie po to jechaliśmy taki kawał drogi.

Market jest mały, ale w sumie pomijając warunki atmosferyczne dość fotogeniczny. Jego jedynym minusem jest to, że położony jest dokładnie wzdłuż torów, mimo, że miejsca na to by ulokować się gdziekolwiek indziej jest wystarczająco. Trochę trąci to taka naciąganą atrakcją turystyczna. Ale pewnie gdyby ten pociąg jednak nadjechał to nikomu byśmy się do tego nie przyznali.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Nie poddajemy się. W końcu naszym głównym punktem programu i największą atrakcją ma być wieczorny pływający targ. Dojeżdżamy na miejsce. Pada!!!. Dobrze, że spacerować da się pod dachem. Zamiast pływającego targu jest pusty kanał. I to wszystko. Tym razem mamy nadzieję, że jesteśmy po prostu za uwcześnienie. Niestety po godzinie tracimy nadzieję. W końcu deszcz ustaje i pojawiają się pierwsze łódki. Efekt zerowy.

12

Aby już całkiem się nie załamać zamawiamy grilowane przegrzebki, a na deser lody kokosowe… Mmm…  Pycha! Przez pierwszy wyjazd jakoś skutecznie unikaliśmy lodów kokosowych. Zawsze powtarzano mi, że najprościej jest zatruć się wodą z nieznanego źródła oraz lodami. Dobrze, że tym razem postanowiliśmy być odważniejsi, bo stracilibyśmy wiele. A te z Amphawa były najpyszniejsze ze wszystkich.

Na koniec pozostał nam punkt kulminacyjny, czyli rejs po rzecze z podziwianiem świetlików. Pływanie łódką nocą po kanele jest mało urokliwe bo wiele zobaczyć nie można. Świetliki to atrakcja bardzo wątpliwa. Oczywiście zobaczyć jedno drzewo i powiedzieć: „łał, super, och i ach”, ale pływać od drzewa do drzewa przez godzinę to chyba jednak nie jest rozrywka dla nas.

10

11

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kolejne długie nudne godziny w ciasnym busie przed nami. Nie jesteśmy zadowoleni, ale cóż. Jutro czekają nas bajeczne wodospady Erewan. A i będzie pretekst, by znów do Tajlandii wrócić. Tym razem już na targ w Damnoen.

Wieczór spędzamy na Khan Sanie. Gdzieś w tym białym tłumie krążą znajomi Grześka -Marta i Paweł, których to gorąco z tego miejsca pozdrawiamy. Ale jak się tam odnaleźć? Znamy niby nazwę knajpy. Ba! Nawet ulicę, a mimo to miniemy ją trzy razy nim w końcu połączony miejsce z nazwą. Po dwóch Changach i wymianie doświadczeń postanawiamy udać się w bardziej zaciszne miejsce i plądrujemy boczne uliczki w poszukiwaniu naszej zeszłorocznej dziupli.

W drodze daję się skusić Marcie na jakieś dziwaczne grzybki w boczku (a przynajmniej tak to wyglądało). I o dziwo było to smaczne. Grzesiek nie chciał – jego strata. Żadnych dodatkowych funkcji grzybków nie odkryłyśmy. W końcu docieramy na miejsce. Uff… jak cichutko. W Bangkoku nie ma zbyt wielu miejsc o których można tak powiedzieć. Zmiana czasu pewnie pozwoliłaby nam siedzieć tak w nieskończoność, ale zdrowy rozsądek bierze górę. Jutro musimy wstać o szóstej wiec koło 1 w nocy żegnamy się i grzecznie udajemy się do łóżeczek. Po delikatnym rozczarowaniu dzisiejszym zwiedzaniem utwierdzamy się w przekonaniu, że nie ważne gdzie, ważne z kim.

Jedyny taki most

      Ranek znów przywitał nas deszczem, choć trzeba przyznać, że nieco słabszy niż ostatnio. Nim zebraliśmy się z pokoju w zasadzie przestało już padać, ale dzień był pochmurny. No trudno. Dużo większym problemem było podniesienie się rano z łóżka.  W końcu wczoraj nie poszliśmy wcześnie spać, a dziś z kolei nie mogliśmy już spać do 9. Daliśmy jednak jakoś rade, szybko zjedliśmy śniadanie i czekaliśmy na busa który miał nas zabrać na wycieczkę. Nauczeni doświadczeniem nie spieszyliśmy się zbytnio. Zazwyczaj czekaliśmy od 30 minut do godziny nim ktoś się po nas zjawi. Tajowie to szczęśliwy naród, a jak wiadomo szczęśliwi czasu nie liczą. Tym większe było nasze zdziwienie gdy nasz busik zjawił się punktualnie.

Pierwszy przystanek mieliśmy w Kanczanaburi. Nim tam jednak dojechaliśmy minęło znów kilka godzin w ciasnym busie. Ledwo nasze wakacje się zaczęły, a już byliśmy zmęczeni ciągłą jazdą. No nic, nie ma co narzekać.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nie byliśmy specjalnie nastawieni na zwiedzanie mostu na rzece Kwai i innych wojennych pamiątek. Dość cmentarzy i tragicznych wojennych historii jest w Warszawie. Dlatego 15 minut które mieliśmy na obejrzenie samego mostu wydawało nam się być zupełnie wystarczające. Myślę, że gdybyśmy mieli dodatkowe 15 minut na przejście przez most też byśmy nie narzekali, ale większym utrapieniem stało się to, że miasteczko Kanczababuri okazało się być bardzo miłe, z fajnym bazarem i aż nie chciało nam się jechać dalej. No trudno, następnym razem.

            Nie pamiętam imienia naszej pilotki, ale była to sympatyczna, niezmanierowana młoda dziewczyna. Gdy dojechaliśmy już do parku Erewan ostrzegła nas, że niestety ale wodospady nie wyglądają tak pięknie jak w katalogu. Dlaczego? No oczywiście przez padające deszcze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

blue_stream_waterfall

Ale szukajmy pozytywów. Przestało padać. Ba nawet zaczęło przedzierać się Słońce. Miejmy nadzieje, że to już koniec naszych deszczowych przygód. Na zwiedzenie parku mamy 3 godziny. Wydawać by się mogło, że  to całkiem dużo, jednak wodospady rozlokowane są na kilku poziomach i aby zobaczyć wszystkie w tym czasie trzeba by niemal przebiec przez park.

            Wspinaczka nie jest trudna, ścieżki w miarę wygodne, choć proponowałabym wziąć lepsze buty niż japonki. To nie tak, że  w japonkach się nie da, ale może czasem wygodniej by było w sandałach. Wodospady mimo swojego brunatnego koloru były ładne. Nie zachwyciły, ale nie mogę powiedzieć, że nie były warte zobaczenia. Najlepsze jest w nich to, że są bardzo różnorodne – od prostych wysokich po niskie, rozłożyste. Do tego piękna bujna zieleń. Nie pamiętam ile poziomów dokładnie przeszliśmy, jednak gdy już byłam gotowa do odwrotu Grzesiek namówił mnie aby pójść do jeszcze jednego. I to był strzał w dziesiątkę. Czekał na nas najpiękniejszy z wodospadów tego parku i chyba najsłynniejszy. Później ciężko było już zawrócić. Powstrzymała nas dopiero drabina, której nie dałam rady sforsować.

            Wracało się zdecydowanie szybciej. W sumie trasa nie jest zbyt długa tylko tak usłana wodospadami, że zatrzymanie się na chwilkę przy każdym bardzo wydłuża czas. No ale w końcu nie dotarliśmy tu na wyścigi. Jednak i w drodze powrotnej udało nam się zobaczyć kilka ciekawostek między innymi metrowego (a może i dłuższego, jak wiadomo kobiety mają problem z określaniem odległości) warana oraz gigantycznego pająka. Ten drugi niestety był oporny jeśli chodzi o pozowanie do zdjęć, a waran też jakoś specjalnie współpracować nie chciał.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Na miejsce zbiórki dotarliśmy chwilę przed czasem. Było już koło godziny 16 wiec zaczęliśmy się robić głodni. Zamówiliśmy sobie curry i w tym momencie okazało się, że  skoro jesteśmy w komplecie to będziemy wracać. Chwila, chwila, a co z naszym jedzeniem? „Weźmiecie na wynos”. I pewnie nie pisałabym o tym, bo przecież cóż w tym niezwykłego, jednak przy tej okazji mieliśmy możliwość zakupu jedzenia w taki sposób w jaki otrzymują je Tajowie, czyli do woreczka. Oj, średnio było wygodne jedzenie z torebki foliowej w jadącym autobusie. Do dziś nie wiem jak nam się to udało bez większych strat i zniszczeń, ale daliśmy rade.

W drodze powrotnej czekała nas jeszcze jedna krótka wizyta w Kanczanaburi na wysadzenie pilotki i mała reorganizację w busie i kolejne kilka godzin drogi powrotnej. To przedziwne jak wolno się tam podróżuje przy tak szaleńczej jeździe jaką prezentują tajscy kierowcy.

Wieczór znów spędzamy w towarzystwie naszych znajomych. Ponoć w Bangkoku padało. A wiec udało nam się chociaż uciec od złej pogody. Tym razem postanawiamy namówić ich na typowy tajski street food. Idziemy do knajpy w której stołowaliśmy się podczas poprzedniej wizyty w tym mieście. Po kolei dania trafiają na nasz stół. Niestety okazały się sporym rozczarowaniem. Zupa kokosowa była mdła. Zielone curry.. chyba robimy lepsze. Massaman  jak dla mnie było nie jadalne. Nie dość że było nam głupio to jeszcze byliśmy głodni. A ja jak jestem głodna to jestem zła. Na szczęście Changa nie da się zepsuć. Mamy nadzieję, ze Marta z Pawłem wybaczyli nam ta wpadkę. Na całe szczęście było to najgorsze jedzenie jakie zaserwowano nam podczas tej podróży i więcej takich totalnych wpadek nie było. Choć trzeba przyznać, ze i tyle szczęścia do jedzenia co przy poprzednim wyjeździe nie mieliśmy. A może nasze wymagania wzrosły?

Przed pójściem spać postanowiliśmy skorzystać jeszcze z cichego położenia naszego hotelu i po dokładnym wysmarowaniu się repelentami siedzieliśmy z piwkiem na tarasie przy piwie. Kolejna cicha chwila w Bangkoku. Byliśmy już zmęczeni. Cieszyliśmy się, że kolejnego dnia nie spędzimy w busie.

Powrót do miasta aniołów

            Pierwszy dzień wyjazdu rozpoczął się od trwającej godzinę jazdy taksówką (o tym jak powinien wyglądać przejazd taksówką z lotniska do Bangkoku możecie przeczytać tu: https://thaiwhy.wordpress.com/2012/11/18/dzien-2-przylot-do-bangkoku/ ). Rejon w którym tym razem się zatrzymywaliśmy wybraliśmy ostatniego dnia naszego pobytu przy poprzedniej wyprawie. Mieścił się jakieś 10 minut spacerkiem od słynnego KhaoSanu, ale pozwalał się jednak od niego odciąć. Bliskość rzeki i park tym bardziej działały na jego korzyść. Nie wiedzieć czemu dojazd zajął nam tym razem z pół godziny więcej.

            Kiedy znaleźliśmy się w tamtej okolicy okazało się, że w Tajlandii rozpoczęły się strajki (ich pokłosiem była zmiana rządu w kraju). Część ulic była pozamykana, a na domiar złego nasz kierowca miał mniejsze pojęcie gdzie ma jechać niż my. Po dobie spędzonej w podróży to nie działa najlepiej na samopoczucie. Kręciliśmy się w kółko, licznik tykał, a my dalej nie byliśmy w swoim pokoju. W końcu Grzesiek podjął męską decyzję, kazał się zatrzymać i dalszą drogę postanowiliśmy pokonać pieszo. Pozostała jeszcze kwestia uregulowania rachunku. Po krótkiej wymianie zdań ustaliliśmy, że kwota 400 batów jest absolutnie maksymalną, jaką jesteśmy w stanie uiścić za usługę.

11

            Teraz już tylko trzeba było odnaleźć nasz hotel. Udaliśmy się w tym celu do agencji która znajdowała się dosłownie 5 metrów od miejsca naszej zsyłki. Szczęście nam sprzyjało. Kolejne drzwi prowadziły właśnie do naszego miejsca przeznaczenia. Pierwszy raz w Tajlandii spotkaliśmy się z sytuacją kiedy obsługa hotelu mówiła słabiej po angielsku niż ja. Do samego zameldowania nie było nam to potrzebne, ale wycieczek postanowiliśmy poszukać na mieście.

            Pokój był niewielki, ale z wygodnym łóżkiem i sprawną klimą. Kiedy ja się pucowałam Grzesiek już buszował po mieście i szukał informacji na temat wycieczek. Szkoda tylko, ze wychodząc zabrał ze sobą klucz pozostawiając mnie pod prysznicem bez prądu. Jedyne światło jakie miałam musiało więc wpadać do łazienki z korytarza . W połączeniu z lustrem wiszącym naprzeciwko prysznica dawało wrażenie, że zaraz przez uchylone drzwi wedrze się do łazienki dżungla a ja będę grać w reklamie Palmolive.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

            W planie mieliśmy odwiedzenie pływającego targu Damnoen Saduak, i Wodospadów Erewan. Z jakiegoś powodu jednak wszyscy odradzali nam ten pierwszy wyjazd. Że daleko, że bez sensu i w ogóle. I że jest piękniejszy targ w Amphawa, a dodatkowo połączony jest z wizytą Mae Klong Market gdzie przez targ przejeżdża pociąg i że jest super i piękne fotki i jakieś świetliki na koniec. A do tego wyjazd nie o 6 rano a o 13. Biorąc pod uwagę nasze wspomnienia z pierwszego dnia w Bangkoku rok wcześniej perspektywa pospania do 9 okazała się być bardzo kusząca. I tak zapadła decyzja.

            Nim ogarnęliśmy wszystkie kwestie formalne zaczęło się ściemniać. Co z naszymi kanałami? Idziemy do przystani, kupujemy bilet na szybką łódź, która ma nas dowieźć do części biznesowej. Kiedy dopływamy jest już całkiem ciepło. Jest w końcu chwila na to by dać znać, że żyjemy. „Cześć mamo dolecieliśmy, pogoda wbrew prognozom jest piękna. Pozdrawiamy”. I w tym momencie lunęło.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

            „Tajlandia położona jest w strefie klimatu zwrotnikowego monsunowego, z wyjątkiem południowej części, czyli Półwyspu Malajskiego, który położony jest w strefie klimatu równikowego.W Tajlandii można wyróżnić trzy pory roku:

–     Pora gorąca (marzec-maj) – bez deszczu, bardzo gorąco;

–     Pora deszczowa (czerwiec-październik) – deszcz prawie codziennie przez godzinę lub dwie, albo przez kilka godzin w nocy, gorąco;

–     Pora chłodna (listopad-luty) – niewielkie opady deszczu, nieco chłodniej.” Tyle w wielkim skrócie na temat klimatu (etajlandia.pl).

I gdybyśmy poprzestali na pierwszym wyjeździe to z pewnością zgodzilibyśmy się z tym w 100% (może tylko ta „pora chłodna” to nie najdokładniejsze określenie). Okazało się bowiem, że w Bangkoku już nie zobaczymy słońca, a i te godzinne deszcze mocno się przeciągną. Czy było to uciążliwe? Tak i to nawet bardzo. Ale o tym w kolejnych wpisach.

No ale wróćmy na nasze łódki. Stoimy w przystani i czekamy aż przestanie lać. Ale nie przestaje. W końcu się poddajemy i postanawiamy wrócić. Łodzie są osłonięte od deszczu,  nie na tyle by nie padało na nas całą drogę, ale wystarczająco byśmy nic już nie zobaczyli. Trudno, może następnym razem dopisze nam szczęście.

Tuptamy na KhaoSan, pałaszujemy kolacje, kupujemy piwo w 7 eleven i udajemy się do hotelu. Po piwku melatonina i koło 1 idziemy spać. Jest o 3 godziny lepiej niż przed rokiem.

Długo wyczekiwany wylot

               Tym razem mieliśmy więcej czasu na przygotowanie się do wyjazdu niż w 2012 roku, więc po długim oczekiwaniu na super promocję zdecydowaliśmy się na lot liniami Finnair.       Cena korzystna, choć nie zwalająca z nóg. Ale w końcu jest wiele innych czynników wpływających na wybór danej oferty. Po przygodach w Londynie tym czynnikiem było krótkie międzylądowanie i fakt, że na miejsce docieraliśmy już o poranku. Szybka kąpiel i będziemy mieli cały dzień na zwiedzanie. Przynajmniej taki był plan.

            Na lotnisku stawiliśmy się tradycyjnie przed czasem. W końcu kiedy się podróżuje z taką panikarą jak ja to inaczej się nie da. A wiadomo, że zakupy na bezcłówce są wciągające, więc lepiej mieć zapas.. Ech, tak naprawdę to nic na bezcłówce nie planowaliśmy kupować, bo nie wiedzieliśmy czy uda nam się to wnieść na docelowy samolot. Ale w końcu jakoś trzeba spędzić te dwie godziny.

            Lot do Helsinek minął spokojnie, jak widać po wpisach szczęśliwie i kolejna strefa bezcłowa stała przed nami otworem. Lotnisko okazało się znacznie większe od naszego, więc tym razem nie mieliśmy większych problemów z zagospodarowaniem czasu. Nasz gete znajdował się gdzieś na końcu świata i ukryty był tak, że bardziej się nie dało. Kilkanaście minut zajął nam sam spacer na miejsce przeznaczenia. A więc siedzimy i czekamy. Ludzi coraz więcej i nagle bach… zmiana bramki. Tuptamy na drugi koniec lotniska. Już prawie ustawiamy się w kolejce na pokład, ale.. nasz lot jest opóźniony. Najpierw o godzinę, potem o kolejne.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

            Czas umilamy sobie zakupami dokonanymi na strefie bezcłowej. Zaopatrujemy się w brunatny środek odkażający. Dobrze, że mamy, ze sobą euro, bo niestety terminal nie działał. Zresztą wyglądał tak, ze aż strach było przeciągnąć przez niego kartę. Monetami ratujemy się w automacie, w którym można kupić znacznie więcej niż tylko napoje i przekąski.

            Siedzimy, czekamy. Nawet czasem łapie nam wi-fi w telefonie. Okazuje się, ze sezon na Tajlandię w pełni i właśnie wylądowali tam znajomi Grześka. My mamy nadzieję, że uda nam się do nich w końcu dotrzeć.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

            W końcu nastaje ten moment. Hurra. Samolot tym razem jest mniejszy (wybaczcie nie podam modelu, bo średnio się na tym znam. Jeśli pamięć mnie nie myli to był to jakiś Airbus), ale za to wygodniejszy. Siedzenia od strony okna są podwójne, więc przynajmniej nie będzie problemu ze wstawaniem. Niedługo potem dostajemy jedzonko, piwo, drugie piwo… Jesteśmy na wakacjach 🙂

            Czas na sen. I tu przydają się kolejne doświadczenia. Grzesiek bardziej poszedł na łatwiznę i zaczął walkę z czasem na dwa dni przed wylotem. Ja na tydzień przed. Postanowiłam wykorzystać fakt, że niekorzystna dla nas zmiana czasu miała wtedy miejsce i choć wyratować się o tę jedną godzinę. Przez tydzień więc miałam pobudki o 5, 4 nad ranem. Chodziłam nieprzytomna. I teraz na pokładzie też marzył mi się już sen. Dodatkowo zaczęliśmy się wspomagać melatoniną. Cudów się po niej nie ma co spodziewać, ale z pewnością ułatwiła nam życie. Przynajmniej byliśmy w stanie zasnąć wcześniej niż o 3 w nocy.

            Noc mija. Zbliżamy się do lądowania. Czas na śniadanko. Katering na pokładach Finnair’a nie powala. W smaku jest nawet znośny, ale ja nie czułam się po tym zbyt rewelacyjnie. No cóż, już za parę chwil będziemy w kraju z najpyszniejszą kuchnią świata. Jakoś się przemęczymy.

W końcu lądujemy. Jest już południe. Na samo „dzień dobry” mamy 4 godziny opóźnienia.

%d blogerów lubi to: