100 $ – magiczna kwota, która działa cuda

pp1Dzień rozpoczął się w biegu. Nie zdążyliśmy nawet na śniadanie kiedy czekał przed naszym guesthousem samochód, który miał nas zawieźć do portu. A przynajmniej tak nam się wydawało, gdyż odstawił nas tylko na wielkie rondo w Siem Reap, gdzie znów musieliśmy czekać. Dostaliśmy co prawda po krzesełku, ale nie po to zrywaliśmy się tak wcześnie, żeby teraz stać przy drodze.

Grzesiek ruszył więc na poszukiwania jakiegoś jedzenia, a ja cała w nerwach wypatrywałam busa. Potem zaczęłam już wypatrywać i Grześka bo gdzieś się zawieruszył. Jak ja nie lubię takich nerwowych sytuacji. Dobrze, że choć telefon miał zasięg.  Cóż nie zostało mi nic innego jak tylko liczyć, że moja lepsza połowa zjawi się wcześniej niż nasz transport. Tak też się stało. Już niebawem wcinałam bagietkę z warzywami. Cóż, nic więcej nie mieli. Nawet do pięt nie dorastała tej z tuńczykiem z poprzedniego dnia, ale i tak cieszyliśmy się że cokolwiek udało nam się kupić. W końcu przed nami jakieś 7 godzin na łodzi. Próbowaliśmy zamówić kolejną, ale w tym momencie zjawił się nasz transport i musieliśmy zapakować się do busa. Dosłownie zapakować gdyż miejsca dla nas były jedynie – w luku bagażowym! Żeby nie było, że był taki przepełniony, bo nie był. Ale miejsca siedzące zajęły rowery naszych kompanów podróży. Kierowca nie widział w tym żadnego problemu i nasze tłumaczenie, że moja walizka nie utrzyma ciężaru połowy mnie a już tym bardziej naporu naszej dwójki nie robiły na nim wrażenia. Skończyło się na tym, że w pozycji wygiętej w chińskie osiem spędziliśmy tak kilkadziesiąt minut w drodze do portu. W tym momencie przestałam lubić ten kraj, a moje uczucie niechęcie tylko się już potęgowało.

W końcu dojechaliśmy do portu. Ufff.. Mój kręgosłup dużo dłużej już by nie wytrzymał. Pomijając kwestie komfortu to w momencie wypadku skończyłoby się to katastrofą. Dobrze, że w Kambodży nie pędzą jak w Tajlandii, więc jakiś cień szansy na przeżycie mieliśmy. Zaraz po wyjściu z busa zaatakowało nas kilka kobiet sprzedających jedzenie. Z wcześniej wyczytanych informacji wiedzieliśmy, że musimy się u nich zaopatrzyć, jeśli nie chcemy przymierać głodem. Kupiliśmy więc ananasa i jakieś dziwne placki i w sumie na nic więcej z oferowanych rzeczy nie mieliśmy ochoty (z resztą oferta nie była też zbyt szeroka). Potem już tylko zostało wsiąść do naszej super łodzi… No właśnie łódź za super też nie była.

pp2

Generalnie podróżując po Azji trzeba nastawić się na to, że miejsca w komunikacji nie ma za wiele. Jednak ta łódź to już był naprawdę konkret. Cała szczęście, że była zapełniona może w 30% bo inaczej byłoby gorzej niż w busie. Na podwójnych siedzeniach ciężko było wysiedzieć jednej osobie. Nie wspominając już o tym, że coś jeszcze trzeba zrobić  bagażem podręcznym.

pp3

Miejsca na zewnątrz też nie było za wiele. Mieliśmy nadzieję na podziwianie widoków, jednak okna były już tak przerdzewiałe, że ledwo cokolwiek było przez nie widać. Ogólnie zapłaciliśmy za przejazd 7 krotnie więcej niż za autobus, a transport nie wygląda na bardziej komfortowy. No nic, przynajmniej mamy kolejne doświadczenie na swoim koncie.

pp4

Kiedy ruszyliśmy i zaczęło lać, zły nastrój jeszcze bardziej się pogłębił. Na szczęście udało się jakoś z pomocą książki przetrwać ciężkie chwile i w końcu doczekaliśmy się słońca. Siedzenie na zewnątrz z podkulonymi nogami było więc dużo ciekawsze i wygodniejsze niż gnieżdżenie się w środku łodzi.

pp5

Ostatnie dwie godziny podróży można zaliczyć do nawet całkiem udanych. Widoczki były ładne, a słońce ma bardzo błyskawiczne przełożenie na moje samopoczucie.

pp7

W końcu naszym oczom ukazało się Phnom Phen. Wreszcie będzie można wyprostować kości. Moje stopy miały kilka godzin odpoczynku, więc liczyłam na to, że zwiedzanie będzie nieco łatwiejsze i przyjemniejsze niż kilometry robione w Angkorze. Wygramoliliśmy się z łodzi, zabraliśmy nasze klamoty i rozpoczęliśmy morderczą wspinaczkę z przystani na ulicę. A na górze czekało już na nas stado tuk tukowych sępów (drugi od lewej w masce na twarzy to on zawinął nam aparat).

pp9

Ja pomalutku wspinałam się pod górę, a Grzesiek już rozpoczął przymusowe negocjacje. Nasz hotelik wg mapy był dość blisko przystani, ale oczywiście pojęcie blisko daleko dla nas, a dla tuk tukowców to zupełnie co innego. W końcu jakoś ugadaliśmy się na 2$ i zaczęliśmy załadunek do tuk tuka. Ledwo się do niego wgramoliłam. Największym problemem przy wyjazdach jest ciągłe przemieszczanie i dźwiganie klamotów. A te przeklęte nogi jeszcze potęgowały każdy problem. W końcu się usadowiliśmy i ruszyliśmy. Oczywiście nie pierwszy raz okazało się , że nasz kierowca nie ma bladego pojęcia gdzie ma jechać. Było to dziwne bo orientacja w terenie jest dość prosta. Ulice są ponumerowane więc znalezienie konkretnej nie powinno przysparzać problemów.

Nagle naszym oczom ukazał się nasz hotel. Wyglądał nieco inaczej niż na zdjęciu, ale nazwa się zgadzała. Wysiedliśmy, a ja zabrałam się za płacenie. Obsługa hotelu zabrała nasze bagaże do środka i rozpoczęliśmy proces meldowania. Kiedy dostaliśmy już klucze do pokoju ogarnęło nas przerażenie. W stercie naszych gratów brakowało jednej, najcenniejszej paczki. Mojego aparatu!

Nie wiedziałam czy mam się wściec, rozpłakać czy co? Aparat został w tuk tuku. Jedyne co nam zostało to wsiąść w kolejnego tuk tuka wrócić do portu i liczyć, że spotkamy tam tego faceta. Jeśli Kambodżanie są równie serdeczni co Tajowie to jest szansa, że jeszcze odzyskam swoja własność. Po przyjechaniu do portu  przeprowadziliśmy masę rozmów ze wszystkimi możliwymi ludźmi, ale nikt nie wiedział nic. Nagle pojawił się nasz kierowca, ale z mina niewiniątka twierdził, że aparatu w tuk tuku nie było. Jego słowo przeciwko mojemu słowu. Co zostało robić? Wezwać policję. Jednak na to hasło jakoś wszyscy pobledli. Szef kazał nam jechać do hotelu i sprawdzać nagrania. No wiec wsiadamy znów do tuk tuka i jedziemy do hotelu. Kamera jednak obejmuje tylko obszar przed wejściem, a tuk tuka stojącego przy ulicy nie. Sytuacja jest patowa.

I w tym oto momencie przypomniały mi się słowa znajomego, który podsumowując Azję stwierdził, że jest to miejsce, gdzie 100$ jest w stanie rozwiązać każdy problem. No to próbujemy. Poinformowaliśmy faceta, że za znalezienie aparatu jest nagrodzą. 100$! Menadżer hotelu pomaga nam w negocjacjach i tłumaczy facetowi, że aparat ma już swoje lata i z pewnością nie jest wart więcej niż 100$. My oczywiście z uśmiechem na ustach udajemy, że liczymy, że facet wypatrzy go gdzieś w tłumie. I uwaga. Po dwóch minutach kierowca dostaje olśnienia. Przecież po nas wiózł do Pałacu Królewskiego dwóch Australijczyków. Jeden miał wg opisu ze 2 metry drugi z 70 cm. Są tak charakterystyczni, że trudno ich nie rozpoznać wśród kilkunastu tysięcy turystów będących akurat w mieście. Wysyłamy więc gościa na poszukiwania, a sami idziemy się myć.

Oczywiście nikt w te bajeczkę nie wierzy, ale jesteśmy dobrej myśli. Nie zdążyliśmy się obydwoje wykąpać, a już był telefon z recepcji, że facet wrócił. Musimy z nim jednak jechać do Pałacu. Nie ukrywam, że trochę się stresowaliśmy. Niestety, z braku rozsądku, bardziej tym, czy ten aparat się odnajdzie niż tym, gdzie ten facet nas wiezie. Co było do przewidzenia nasza wycieczka skończyła się w zamkniętej uliczce z której jedyną drogę odwrotu blokowało całe stado tuk tukowców, a na jej końcu czekał gość z moim aparatem (na zdjęciu drugi koleś na od lewej w masce na twarzy, to on zawinął nam aparat).

pp14

Nie zostało nam nic innego jak z uśmiechem na ustach udawać, że jesteśmy im dozgonnie wdzięczni za odzyskanie naszej zguby. Po wręczeniu „znaleźnego” próbowali wyłudzić od nas kolejne 50$ na opłacenie całej rzeszy ludzi która to niby była zaangażowana w proces odzyskiwania aparatu. Pozostaliśmy jednak nieugięci, a panowie nie naciskali. Całym i zdrowym udało nam się wydostać na główną ulice miasta. Pieniędzy było żal, ale nie ukrywam, że obydwoje poczuliśmy ulgę.

pp13

Z aparatem w łapce i nieco lepszym samopoczuciem chcieliśmy odzyskać chociaż odrobinę straconego dnia i cokolwiek zobaczyć. Byliśmy już jednak tak zmęczeni, że ograniczyliśmy się do spaceru po nabrzeżu. I trzeba przyznać, że nie ból nóg był największym problemem, ale ciągłe nawoływania tuktukowców. „Mister tuk tuk” brzęczy mi w uszach za każdym razem kiedy pomyślę o tym mieście.

pp12

Nie przypominamy sobie bardziej meczącego miejsca niż Phnom Phenh. Ciągły hałas i nawoływania w żaden sposób nie były zbieżne z moim wyobrażeniem o pięknym kolonialnym mieście. No cóż. Liczyliśmy, że chociaż jedzenie nam zrekompensuje wszelkie niedogodności. I trzeba przyznać, że jakiś specjalnych powodów do narzekań nie mieliśmy, ale do zachwytu też niespecjalnie. Oczywiście jak przystało na stolicę państwa o kuchni, na która wpływ miało wiele sąsiednich państw jedną z najpopularniejszych potraw jaką można było zjeść na mieście była pizza. I co ciekawe cieszyła się niemałym powodzeniem. Na całe szczęście z dostępem do tradycyjniejszej kuchni nie było wielkiego problemu.

pp18

Dla nas jednak priorytetem przy wyborze knajpy stało się nie tylko menu, ale i dostęp do wi-fi, gdyż w ferworze zamieszania związanego z aparatem nie zabraliśmy ze sobą adresu naszego hotelu. Na szczęście w torbie od aparatu znajdowała się też ładowarka do telefonu bo mało brakowało, a zostalibyśmy pokonani przez zużytą baterie.

pp16

Kiedy odnaleźliśmy i oznaczyliśmy się na mapie, napełniliśmy nasze brzuszki, mogliśmy udać się na dalszy spacer. Jednak ja jak zwykle zaczęłam narzekać na ból stóp i skończyło się na spacerze w stronę hotelu. Z całego naszego wielkiego planu zwiedzania miasta udało nam się zobaczyć rzekę. No trudno na szczęście jutro mamy cały dzień przed sobą i wielką nadzieję, że tym razem obejdzie się już bez przygód.

Reklamy

Posted on Luty 19, 2015, in Kambodża and tagged . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: