Angkor Wat

sr16Dzień rozpoczął się wcześnie i bez specjalnych rewelacji. Aż byliśmy pod wrażeniem ile łatwiej  nam się jest przestawić na czas lokalny jeśli człowiek choć odrobinę się do tego przygotuje. Jeśli  cokolwiek jeszcze zostało z niewyspania to zimny prysznic to usunął i gotowi byliśmy do zwiedzania. Tuk tuka nie załatwialiśmy wcześniej. W sumie to nie było takiej potrzeby bo wszędzie stawki były zbliżone, a przy tak krótkim pobycie szkoda czasu na targowanie. 20$ za cały dzień jeżdżenia z  wliczonym przejazdem na zachód słońca wydawał nam się rozsądną ceną (później  okazało się, że tą stawkę można zbić do 15$, sic 😦  Zamówiliśmy więc taką usługę na  recepcji guesthous’u i udaliśmy się na śniadanko. Ja zamówiłam sobie kanapkę z  tuńczykiem, którą to pokochałam w Tajlandii. Wersja Kambodżańska też była super. Do tego kawa i kokos i życie staje się piękniejsze. Gdyby tylko nie te stopy… Bąble urosły już do kosmicznych rozmiarów. Nawet chodzenie w japonkach sprawiało okropny ból. Dobrze, że choć większe dystanse będziemy pokonywać jadąc. Nim zdążyliśmy zjeść śniadanie przed hostelem czekał już na nas tuk tuk. Szybko ustaliliśmy trasę przejazdu i byliśmy gotowi do zwiedzania. Z resztą kierowcy z góry dobrze orientują się, które świątynie z reguły są w orbicie zainteresowań turystów i ile potrzeba na to czasu. W tym wypadku możemy spokojnie zdań się na kierowcę tuk tuka mając pewność, że zabierze nas do najchętniej zwiedzanych świątyń.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nasz kierowca był młodym mężczyzną (na oko ok. 20 letnim), a jego znajomość języka angielskiego ograniczała się do wyuczonych na pamięć regułek dotyczących świątyń oraz przemieszczania się po nich i miejsc zbiórki. Jak wiadomo jednak człowiek słabo mówiący w języku obcym prędzej dogada się z kimś kto nie mówi od niego znacznie lepiej dlatego zwracał się głównie do mnie co poza bólem nóg przyprawiało mnie jeszcze dodatkowo o ból głowy.  Starałam się więc mu przytakiwać i liczyć na to, że Grzesiek cokolwiek usłyszy i zrozumie.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od zakupu biletów. Podjechaliśmy do kas i ku naszemu zdziwieniu okazało się, że bilety są opatrzone zdjęciem. Cóż przy dość wysokich cenach i sporych różnicach w dniówce przy zakupie opcji kilkudniowej to nie dziwi. Biedniejsi o kolejne 20$ na głowę ruszyliśmy na podbój Angkoru.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zwiedzanie zaczęliśmy od największej i najsłynniejszej świątyni Angkoru – Angkor Wat, wielkiej świątyni z XII w., która to stała się wizytówką Kambodży. Każdy turysta musi przywieźć jakąś piękna fotkę z tej świątyni. Nam niestety szczęście nie sprzyjało i cały zamierzony efekt psuły chmury, których na niebie nie brakowało. Ale to nie chmury były naszym największym problemem, tylko moje stopy które coraz bardziej dawały o sobie znać. A świątynie Angkoru zajmują nieraz ogromne powierzchnie, a Angkor Wat jest w czołówce tych najbardziej obszernych.

sr25

Nie patrzyliśmy na zegarki, ale spokojne przejście całości tak aby porobić niespiesznie zdjęcia zajęło nam około dwóch godzin. Kiedy już planowaliśmy opuścić te świątynie zza chmur zaczęło przedzierać się słońce. Na to by powtórzyć wszystkie ujęcia nie było już czasu, ale nie mogliśmy oprzeć się pokusie wykonania choć kilku zdjęć w słońcu. Po tym spacerze jedyne o czym marzyłam to aby jak najszybciej usiąść. I najlepiej nie musieć już wstawać przynajmniej przez trzy dni.

Kiedy wyszliśmy z kompleksu i udaliśmy się na miejsce zbiórki okazało się, ze naszego tuk tukowca nie ma. Może nie zrozumieliśmy za dobrze ? Zrobiliśmy trzy rundki po wszystkich zaparkowanych tuk tukach w okolicy ale po nim nie było ani śladu. Wspominał coś o jedzeniu. Może jest w jakiejś knajpie. Wiec jak nie po tuk tukach to kolejna rundka po knajpach. Moje nogi błagały o litość. Dodatkowo pojawiła się obawa, że nasze 20$ odjechało w siną dal. Na szczęście nasz kierowca nagle wyrósł spod ziemi. Okazało się, że motor nie zniósł dłużej kambodżańskich warunków drogowych i musiał jechać na prowizoryczna naprawę. No cóż.. pozostało mu wybaczyć. Najważniejsze, że w końcu można chwilę odpocząć.

sr16

Na szczęście i na nieszczęście świątynie Angkoru znajdują się stosunkowo blisko siebie. Nie jest to odległość, która dałoby się pokonać na piechotę, ale na tyle mała by nie nacieszyć się przejażdżką. Kolejny punkt programu to świątynia Bayon. I znów nasz kierowca opowiada nam o niej kilka słów (z czego nie rozumiemy 90%) po czym zaczyna tłumaczyć gdzie będzie czekał. Trzy razy dopytujemy i się upewniamy bo tym razem opcja jest już bardziej skomplikowana. Poza Bayonem czeka nas zwiedzenie jeszcze kilku innych zlokalizowanych blisko świątyń i miejsca postojowego nie ma w zasięgu naszych oczu. No nic trzeba liczyć, że jakoś to będzie.

sr18

Świątynia Bayon jest miła dla oka i dla obiektywu. Aż się prosi by robić tu zdjęcie za zdjęciem. Poprawa pogody dodatkowo wpływa na chęć utrwalenia wszystkiego. A że motywem przewodnim świątyni są twarze wykute w kamieniu to i masę tych twarzy mamy teraz na zdjęciach. Na szczęście nie jest ona już tak rozległa więc spacer po niej nie zajmuje nam aż tyle czasu. Nim jednak dojdziemy do tuktuka czeka nas wizyta chyba w trzech kolejnych. Mówię chyba bo w połowie pierwszej błagałam aby odstawić mnie już do tuk tuka bo więcej nie dam rady już przejść, a przed nami była jeszcze największa atrakcja, czyli Ta Prohm przez miejscowych zwana Tomb Raider.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sporo się nakluczyliśmy dwa razy zgubiliśmy, ale w końcu udało nam się znaleźć wyjście na skróty z tego ciągu świątynnego. Do bólu nóg dołączył głód wiec mimo, iż nie jesteśmy zbyt skorzy do dawania się namawiać na jedzenie „u znajomych” tego czy tamtego postanowiliśmy nie kręcić nosem i iść w wyznaczone przez kierowcę miejsce. I trzeba przyznać, że nie pożałowaliśmy. Na pierwszy rzut oka ceny były nieco wyższe niż w mieście, ale warto zaznaczyć, że naprawdę nie były to wielkie kwoty, a porcje i jakość jedzenia była pierwszorzędna. Myślę, że możemy pokusić się o stwierdzenie, ze był to najlepszy obiad całego naszego wyjazdu choć niewątpliwie biłby się o to miejsce z tym z dnia poprzedniego. Do tego zatroskany kierowca przyniósł mi lód żeby zmniejszyć obrzęk nóg wiec generalnie poczułam się trochę lepiej. Niestety od koślawego stawiania stóp doszedł ból kostek i kolan. Ale co zrobić? Jutro rano będziemy już w drodze do Phnom Penh. Musimy wszystko zobaczyć dziś.

sr22

Nie było co użalać się nad sobą. Trzeba było jechać dalej. Choć chęci zobaczenia czegokolwiek były coraz mniejsze. Do świątyni Ta Prohm jechaliśmy chwilę. Dla mnie to było jak zbawienie. Po dojechaniu na miejsce nie bardzo wiedzieliśmy gdzie jesteśmy, bo nasz kierowca uparł się by nazywać ją Tomb Raider. Znów kilka minut zajęło nam dogadanie miejsca zbiórki (choć w zasadzie przez świątynie przechodzi się prostą drogą, więc zgubić się trudno).

Kompleks zrobił na nas duże wrażenie. Połączenie przepięknych murów z dziką przyrodą która postanowiła je pochłonąć było niesamowite. Do tego pogoda była coraz lepsza więc i światło dopełniało dzieła. Drzewa okalające budowle były majestatyczne i niesamowicie podkreślały naszą małość w obliczu potęgi natury. Zdjęć można by zrobić setki. Najchętniej nie jechalibyśmy dalej, a całość zwiedzania Angkoru ograniczyli do tego jednego miejsca.

sr21

Nim się obejrzeliśmy naszym oczom ukazała się brama wyjściowa. To było jak brama do innego świata. Wystarczyło ja przekroczyć by z niesamowitego miejsca kontemplacji nad ulotnością naszej cywilizacji trafiliśmy w szpony przekupek, które jedna za drugą gotowe były targować się w nieskończoność byle tylko sprzedać nam cokolwiek. A kiedy już się zdecydowaliśmy to omal nie pobiły się o to u której zakupy zrobimy. A wszystko to dla 1$.

Po zobaczeniu ostatniego punktu na naszej trasie pojawiła się opcja zachód słońca. My chcieliśmy jechać do hostelu. Ja musiałam odpocząć by móc iść na miasto na kolacje. Jednak nasz wspaniały kierowca pozostał nieugięty i na sam koniec zawiózł nas do świątyni na szczucie góry gdzie mieliśmy podziwiać widoki.

Na wszelkie smutki troski i bóle nóg najlepsze jest zimne piwo. Kupujemy więc mała puszkę w sklepie na rogu i mamy kilka minut by odpocząć. Nie możemy pozwolić sobie na zbyt długie lenistwo, gdyż nie mamy jeszcze załatwionego transportu na następy dzień łodzią do Phnom Phen. W naszej okolicy wypatrzyliśmy dwie agencje turystyczne. Nie planujemy zbyt długo szukać, bo mniej więcej znamy ceny, jednak okazują się na miejscu nieco wyższe niż zakładaliśmy. Słuchamy wykładu na temat łodzi ze szybsza, że bardziej komfortowa, że to, że tamto. Ale te wszystkie ściemy to my znamy. I tak wszyscy potem popłyną tą samą. W drugiej agencji udaje nam się uzyskać nieco niższa kwotę. W końcu staje na 35$ za osobę. Zastanawiamy się, czy jednak nie jechać autobusem, ale ponieważ nie planujemy wycieczki po Tonle Sap to postanawiamy się szarpnąć.

sr28

Kiedy załatwiliśmy już bilety od razu poczuliśmy się lepiej. Ponieważ nie było jeszcze zbyt późno liczyliśmy na to, ze uda nam się załapać na miejscowy targ. I nie pomyliliśmy się. Co prawda jeśli chodzi o zakupy to nic nas specjalnie nie zachwyciło o tyle znów załapaliśmy się na całkiem smaczną kolację (choć do tej z dnia poprzedniego jeszcze sporo jej brakowało). Oczywiście nie obyło się znów bez wpadek językowych gdy nasze „słit” krewetki okazały się być „skłid”em. Ale przecież nie po to jedzie człowiek na wakacje by przejmować się drobnostkami.

sr29

Najedzeni wyoglądani wróciliśmy do swojego pokoiku z zimną woda w brudnej łazience. Brrr… Największa hotelowa porażka jaką mieliśmy w Azji. Dobrze, że to już ostatnia noc. Tak się nam marzy ciepły prysznic. Mimo, iż ogólnie nie było zbyt zimno to temperatura wieczorem nie była na tyle wysoka by lodowaty prysznic mógł sprawić przyjemność. Zawsze jak się zmarznie to najszybciej ogrzeje dobry drink. A gin z tonikiem zawsze jest pyszny. Dobrze, że w Kambodży nie było problemu z dostępem do schweppes’a. Jeden drink i pod kołderkę. Dobranoc.

Reklamy

Posted on Luty 10, 2015, in Kambodża and tagged , . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: