Chatuchak weekend market

SAMSUNG CAMERA PICTURESPodobno dzieci lubią powtarzające się zabawy. Trzeba przyznać, ze po wylądowaniu cieszyliśmy się jak dzieci. Wszelkie kwitki niezbędne do wjazdu wypisaliśmy już w samolocie więc teraz czekała na nas szybka odprawa. Formalności załatwiliśmy naprawdę szybko. Chyba nigdy nie było tak krótkiej kolejki. Piękny uśmiech do zdjęcia i po chwili czekaliśmy na bagaże.Na szczęście dotarły całe i zdrowe. Nie ukrywam, ze trochę się denerwowaliśmy. Wylot do Kambodży czekał nas tego samego dnia wieczorem więc opóźnienia w dostarczeniu bagażu mogłoby skutkować tym, że krążyłby po całej Azji w poszukiwaniu swoich właścicieli. Z tego też powodu zestaw niezbędnych ubrań zapakowaliśmy do bagażu podręcznego. Jak mawiają przezorny zawsze ubezpieczony. Niestety musieliśmy na lotnisku wymienić pieniądze. Nie jest to najlepsza opcja, gdyż kurs zawsze jest mniej korzystny, ale my nie mieliśmy za bardzo wyboru. Potrzebowaliśmy choć niewielkiej ilości gotówki, aby czuć się swobodnie.

Kiedy wyposażyliśmy się w pieniądze i zmieniliśmy ubrania na letnie udaliśmy się na poszukiwania autobusu, który miał nas zawieźć na lotnisko Don Mueng. Na szczęście to również nie sprawiło nam problemów i już po chwili siedzieliśmy czekając na odjazd. Autobus bezpłatnie przewozi pomiędzy lotniskami, a jedyną rzeczą konieczna by z niego skorzystać jest okazanie biletu lotniczego. Transfer oficjalnie trwa około godziny, ale jego długość zależna jest od korków które mogą się na trasie pojawić. Nam podroż zajęła około 50 minut.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Nasz pobyt na lotnisku rozpoczęliśmy od porannej toalety. Woleliśmy zostawić to sobie na to lotnisko, gdybyż nie byliśmy pewnie z jaką częstotliwością odjeżdżają busiki, a nie chcieliśmy później bez sensu tracić czasu na czekanie na transport. Niestety okupione to było staniem w dość długich kolejkach.

Kiedy w końcu doprowadziliśmy się do stanu używalności mogliśmy ruszyć na bazar Chatuchak. Wpierw jednak należało oddać bagaże do przechowalni. Nie należała ona do najtańszych – za jedna sztukę bagażu trzeba było zapłacić 75 batów. Na szczęście mieliśmy dość miejsca w walizkach by upchnąć do środka plecaki bo za mały bagaż również musielibyśmy zapłacić.

Znów postanowiliśmy skorzystać z komunikacji autobusowej. Mniej więcej pamiętaliśmy skąd odchodzi autobus który nas interesuje i założyliśmy, że zawiezie on nas w okolicę Chatuchaka. Rok wcześniej ten sam autobus wiózł nas do dworzec autobusowy Ekamai. Pamiętaliśmy, że jego trasa przebiega gdzieś w jego okolicach. Usiedliśmy, zapłaciliśmy za bilety (swoja drogą system przyjmowania i wydawania reszty w środkach komunikacji w Tajlandii jest zachwycający) i rozpoczęliśmy naszą podróż. Nie pomyliliśmy się myśląc, że bileterka wskaże nam przystanek na którym mamy wysiąść. Naprawdę nie da się nie uwielbiać Tajów za ich życzliwość. Niby takie proste rzeczy ale jednak sprawiają, ze człowiekowi robi się jakoś milej.

Od przystanku czeka nas krótki spacer. Ale w końcu w takiej temperaturze to nawet spacer między trąbiącymi autami jest przyjemnością. Nim pójdziemy buszować po straganach musimy jednak zjeść. Jedzenia w samolocie było nie specjalne i niezbyt obfite co spowodowało, że nasze żołądki grały już marsza. Na pierwszy ogień zupa noodlowa. Nie można przeginać zwłaszcza z ostrością pierwszego dnia aby brzuszki miały nam się czas przestawić na inną kuchnię. Porcja była smaczna choć niezbyt obfita. Wystarczająca jednak aby móc ruszyć dalej.

SAMSUNG CAMERA PICTURES

Chatuchak jest bogactwem wszelakich dóbr. Kupić tu można niemal wszystko. Ja zaczęłam się rozglądać za jakimiś klapkami bo niestety zaczęły boleć mnie stopy. Jak wiadomo na wakacje raczej nie warto zabierać ze sobą nowych butów. I ja wzięłam najwygodniejsze jakie miałam na stanie. Niestety coś mnie podkusiło by przed wyjazdem oddać je do szewca do renowacji. Po godzinie ledwo stawiałam już stopy. Z jakiegoś powodu nie chęć do kupowania absolutnego szajsu i generalnie niewielki wybór butów w moim rozmiarze sprawił skutecznie mnie zniechęcił do zakupów. To był największy błąd wyjazdu. Trzeba było kupić nawet za małe i choćby takie, które dotrwały by tylko do wieczora. Nim wyszliśmy z bazaru na obu stopach miałam purchle o powierzchni kilku cm2. Niemożność normalnego chodzenia miała się stać przyczyna wielu kłopotów i de-facto zmarnowanych wakacji. Ale wszystko w swoim czasie.

Co robi człowiek w Tajlandii jak jest mu źle? Może się upić albo coś zjeść. Obie metody są zazwyczaj skuteczne. A jeśli je się lody kokosowe to prawdopodobieństwo sukcesu jest spore. Przy naszym zamiłowaniu do kokosów jest 100%. Ale że nam się marzyły te lody. I woda kokosowa za bezcen. Pyszna lekko słodka i chłodna. Ale wróćmy do lodów. Chatuchak jest jedynym miejscem gdzie udało nam się ich spróbować. Jakoś pewni byliśmy, że zarówno na Koh Lancie jak i w Wietnamie będą one łatwo dostępne (zwłaszcza, że wynikało to z różnych filmików które oglądaliśmy przed wyjazdem). Niestety i pod tym względem szczęście nam nie sprzyjało dlatego może te Chatuchakowe tak bardzo nam smakowały. Uwielbiamy połączenie kokosowego miąższu z lodami. I jeszcze te orzeszki (a dla chcących masa innych dodatków). No pycha 🙂

DSCN1044

Ponieważ chodzenie stawało się już tak bolesne, ze nic nie sprawiało mi przyjemności podjęliśmy decyzje o powrocie na lotnisko. Nie wiedzieliśmy z jaką częstotliwością kursują autobusy więc i tak pewnie dużo dłużej byśmy tam nie zabawili. Po dotarciu na przystanek jak zwykle zgłosiliśmy się do zarządcy i liczyliśmy na to, że krzyknie nam że zbliża się nasz autobus (przy bardzo długim przystanku i naprawdę intensywnym ruchu dałoby się go przegapić). Oczywiście i tym razem się nie pomyliliśmy i po kilkunastu minutach oczekiwania siedzieliśmy w autobusie na lotnisko. Jak to dobrze, że siedzieliśmy, bo stać nie dałabym rady.

Pierwsze kroki skierowaliśmy do bagaży żeby dostać się do japonek. Stare i rozpadnięte były teraz najwygodniejszymi butami na świecie. Choć chodzić i tak mogłam już tylko na zewnętrznych krawędziach stóp to i tak czułam się jakbym wyszła z jakiegoś super SPA.

Czasu do odlotu mieliśmy jeszcze bardzo dużo (około 3 godzin), ale, że nie bardzo mieliśmy siłę łazić z torbami to postanowiliśmy je zdać i spokojnie połazić po sklepach. Był  to strzał w 10 bo odprawa szła wyjątkowo opornie i około godziny spędziliśmy w kolejce. Cały nasz zapas minął więc na stanie w różnych kolejkach, a to do odprawy, a to do kontroli. W rezultacie obejście strefy bezcłowej zajęło nam tyle czasu, że jak skończyliśmy to był już czas boardingu. Niestety ten opóźnił się nam o godzinę.

Ten czas postanawiamy spożytkować na poszukiwania 7eleven. Może zabrzmi to dziwnie ale mieliśmy wrażenie, że lotnisko przeszło w ciągu roku gruntowną przebudowę. Niby wszystko było takie samo, a jednak jakieś takie inne. 7Eleven nie naleźliśmy choć dałabym głowę sobie uciąć, że ono tam było.

Wymarzliśmy okrutnie, bo w końcu klimatyzacja to rzecz najważniejsza w każdym miejscu gdzie tylko można się pojawić. Całe szczęście, ze opóźnienie nie było większe bo chyba byśmy zamarzli. Całe szczęście nie przesiadaliśmy się nigdzie wiec nie było stresu, ze nie zdążymy na kolejny samolot jednak trochę martwiło mnie to w perspektywie dalszej podróży. W końcu jednak usiedliśmy na naszych miejscach i nim się obejrzeliśmy wylądowaliśmy w Siem Reap.

Wizy do Kambodży załatwialiśmy on line liczyliśmy więc na to, że szybko załatwimy formalności. Zgodnie z wytycznymi udaliśmy się do stanowisk odprawy dla wiz on-line i jakież było nasze zdziwienie gdy kazano nam się cofnąć. Kolejka po wizy kosmiczna a my przecież nasze trzymamy w ręku. Nie było w obsłudze ani jednej osoby która mówiłaby na tyle po angielsku by wyjaśnić nam o co chodzi. W końcu trafiliśmy na kogoś kto jak małe tępe owieczki zaprowadził nas do okienka po karty wjazdowe do wypełnienia. Kolejny kwitek? Przecież przed chwilą w 40 stopniowym upale przed wejściem na teren lotniska wśród stada komarów wypełnialiśmy już jeden kwit? No nic. Numer paszportu znam już po tym rytuale prawie na pamięć. W końcu udało nam się przejść procedurę wjazdową. Kambodżo witaj!

A teraz punkt programu który lubmy najbardziej. Szukanie tuk tuka. Generalnie nie mam nic przeciwko targowaniu się, ale czasem człowiek chciałby żeby pewne kwestie były prostsze. I niby można by przyjąć pierwszą rzuconą cenę za obowiązującą, ale wiedząc, że ktoś nas wykiwał nie moglibyśmy spać spokojnie.

Generalnie wg krążących mitów i legend dałoby się ten dystans pokonać taniej. My pojechaliśmy za 4$, ale trzeba przyznać, że nasz hostel znajdował się nieco na uboczu. Przy okazji mieliśmy okazję obejrzeć kawałek miasta i zorientować się nieco w jego topografii. Do hostelu dotarliśmy już po 22.

Sam hostel na pierwszy rzut oka nie robił złego wrażenia. Obsługa była miła, dostaliśmy herbatkę, formalności załatwiliśmy szybko i sprawnie. Okazało się, że Polacy go okupują niemal wiec była okazja do wymiany doświadczeń. Po małym szybkim piwie i lodowatym prysznicu w średnio czystej łazience ruszyliśmy na podbój miasta.

DSCN1386

Ból nóg był ledwo do wytrzymania, ale  końcu nie jechaliśmy na koniec świata żeby siedzieć w pokoju. Kuśtykając w końcu dotarliśmy do części turystycznej i postanowiliśmy coś zjeść. W sumie to nie wiem czym kierowaliśmy się wybierając lokal ale musze przyzna, że mieliśmy sporo szczęścia. Knajpa była niepozorna natomiast jedzenie było jednym z lepszych jakie udało nam się zjeść w ciągu całej podróży. Oczywiście nie było się bez fishamoku ale postanowiliśmy popróbować jak największej ilości dań. Na szczęście można było zadecydować jakiej wielkości będzie porcja co było naprawdę wygodne. Do tego tanie piwo i nawet moje bąble były mniej dokuczliwe.

DSCN1081

Niestety ponieważ przylecieliśmy dość późno to i miasto powoli zasypiało. Oczywiście można było iść do klubu potańczyć, ale my chyba nie zaliczamy się do grupy zbyt imprezowej. Dużo bardziej lubimy chodzić po bazarach i sklepach. No ale trudno. Na szczęście jutro też jest dzień. Teraz trzeba wrócić i położyć się spać. Nie po to łykamy melatoninki i inne cuda od trzech dni żeby teraz iść spać o 4 i znów nie móc wstać. A jutro przed nami długi dzień i jeśli chcemy jak najwięcej zobaczyć to  musimy wstać rano.

Po drodze rozglądamy się po okolicy i zaglądamy do sklepu w okolicy. Chcemy zorientować się w cenach. Zakupów nie planujemy bo nie mamy lokalnej waluty. Jak się jednak okazuje nie jest to problemem bo wszystkie ceny podane są w dolarach. Wygląda na to, że do naszych proszków nasennych dołączymy dziś gin z tonikiem.

Reklamy

Posted on Styczeń 29, 2015, in Tajlandia and tagged , , , , . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: